Belgrad, Budapeszt, Bratysława

Zmieniałem pracę i podobnie jak rok wcześniej miałem trochę czasu do podróżowania. Miałem pięć dni, bo coś osobistego mi wypadło w przyszły weekend. Wyjazd zaplanowałem po weekendzie, w poniedziałek trzeciego września. Pierwotnie planowałem wyjazd do Mołdawii przez Odessę, ale jednak żeby rezerwować swobodnie bilety on-line przydałaby mi się karta kredytowa. Strona ukraińskich kolei z tego powodu jest na razie u mnie na minusie, ale za to węgierska kolej zaliczyła duży plus.

Piątek 31 sierpnia, wieczór: Tego dnia miałem rezerwować bilety na ukraińską kolej. Nie wyszło, więc trzeba coś zaplanować w zamian. Myślę o Czarnogórze, ale potrzeba więcej czasu niż 5 dni. Pada więc na sam Belgrad, zwłaszcza, że wydaje się ciekawy. Dojechać najłatwiej przez Budapeszt, tylko jak z kolei tam się dostać? Polska kolej odpada, Ryanair na 2 dni wcześniej jest zbyt drogi, zostaje mi więc Orangeways. Potem jak z płatka idzie już rezerwacja biletów na trasę Budapeszt-Belgrad (powrotny za 26€) i na powrót z Budapesztu przez Bratysławę ze Student Agency do stolicy Słowacji i stamtąd Polskim Busem. Od razu udaje się znaleźć Kasię – mojego couchsurfingowego hosta na pierwszy nocleg w Budapeszcie. Pozostałe trzy będę w środkach lokomocji.

03/09/2012 07/09/2012 | Orangeways Koleje Węgierskie MAV Student Agency PolskiBus | CouchSurfing |

Przejazd przez Słowację uświadamia mi, że dawno nie byłem w tym kraju. Brzydkie miasteczka, ładne krajobrazy. Jadąc do Budapesztu z kolei uświadomiłem sobie, że nigdy tam nie byłem mimo tej bliskości, a kiedyś miała to być moja pierwsza podróż za granicę, jeszcze w gimnazjum, chyba w 2002 roku. Nic z tego nie wyszło bo część osób się wycofała i koszty wzrosły. Teraz w końcu jestem. Kasia jest Polką, wychowaną w Niemczech i Kanadzie, teraz studiuje w Budapeszcie. Zaraz po przyjeździe pokazuje mi świetny lokal. Coś jak krakowski kitsch, ale dużo większy i schody wytrzymują napór gości. Nazywa się to Szimpla i piwo jest tu całkiem tanie.

Następny dzień, czyli wtorek poświęcam całkowicie na Budapeszt, Kasia ma zajęcia więc muszę się z nią pożegnać. Zaczynam od Wielkiej Synagogi, z rana zamkniętej i ruszam na Górę Gellerta. Mijam zaplanowane na czwartek łaźnie tureckie Rudas. Z góry roztacza się piękny widok, przyjemnie go kontemplować o poranku, bez tłumu turystów. Następny punkt to zamek królewski, skąd Mostem Łańcuchowym przedostaję się na drugą stronę Dunaju, pod Parlament. Nie zwiedzam go w środku bo bilety, bo rezerwacje, pamiętam za to o stacji metra o głębokości prawie 40 metrów, którą mi polecił Sławek, ale wcześniej jeszcze odwiedzam Bazylikę św. Stefana ze słynną relikwią ręki (prawdziwej ludzkie ręki!) i posilam się w czymś w rodzaju baru mlecznego, gdzie obiad kosztuje 800 forintów. Za taką cenę można strzelać w ciemno, nie rozumiejąc nazw. Okazuje się, że danie to zupa kukurydziana, kurczak w sezamie i mnóstwo purée. Idę do metra i zjeżdżam długimi schodami z czasów demokracji ludowej. Po przejechaniu krótkiego odcinka przesiadam się na linię M1 – najstarszą w kontynentalnej Europie – i wysiadam w pobliżu Muzeum Terroru. Ostatnio panuje moda na tego typu muzea z dużą dawką interaktywności. Tu również można zapoznać się z codziennym życiem w czasie terroru II wojny i późniejszego komunizmu. Zdecydowanie największe wrażenie robią piwnice z celami śmierci. W przeciwieństwie do wielu muzeów w tym przypadku można wejść do celi i nawet położyć się w więziennym łóżku. To tak na przekór całej tej interaktywności i wszechobecnym ekranom. Muzeum warte jest polecenia, a bilet kosztuje 2000 forintów. Zlokalizowane jest przy alei Andrássyego, po wyjściu z muzeum właśnie nią spaceruję do Placu Bohaterów i sąsiadującego z nim parku. Są tam także sporych rozmiarów baseny termalne, które zostawiam na przyszłość, chociaż mam ochotę tam wstąpić. Zbliża się wieczór więc powoli idę jeszcze na Wyspę Małgorzaty. Wzdłuż brzegów jest tam nieustanny maraton biegaczy. Chciałbym mieć taką trasę nieprzeciętą ulicai koło domu. Po krótkim odpoczynku i wysączeniu piwa na Wyspie kieruję się już w stronę noclegu, czy dworca Keleti gdzie zamelduję się do pociągu.

Nocny pociąg Budapeszt-Belgrad ma jeden serbski wagon bezprzedziałowy i kilka wagonów przedziałowych węgierskich kolei (część z nich jedzie jednak tylko do granicy). Międzynarodowe towarzystwo daje się poznać już na początku. Sami eurotripowcy. Mam jednak zamiar spać, więc trochę przeszkadza mi ich rozmowa i przesiadam się na drugi koniec wagonu. Wysypiam się całkiem nieźle i budzę już w Belgradzie przy dojeździe do Dworca. Wszystko robi raczej ubogie wrażenie. Po wyjściu z dworca trochę się gubię, bo kilkadziesiąt minut zajmuje mi dojście do faktu, że nie dojechaliśmy do dworca który miałem zaznaczony na mapie. Och to szybkie planowanie… Dochodzę jednak do Cerkwi św. Sawy – największej w Belgradzie i jednej z największych w Europie – która w środku okazuje się niewykończonym betonowym pudłem. Z zewnątrz robi jednak przyzwoite wrażenie. Po obejrzeniu filmu „Fantom z Belgradu” muszę oczywiście zajrzeć na Trg Slavija, gdzie ów „fantom” działał. Jest za wcześnie by odwiedzić jakieś muzeum, więc wypijam kawę i udaje się na północ, ku Kalemegdanowi. Po drodze zwiedzam starą ulicę Belgradu z nutką bohemy – Skadarska – którą dochodzę do zwykłego miejskiego targowiska. Kilkadziesiąt stoisk z papryką to to co lubię, a na każdym z nich po kilka rodzajów papryki. Niektórych nigdy nie wcześniej widziałem. Kupuję parę drobnych za równowartość 35 groszy, czyli 10 dinarów. Przechodzę obok Muzeum Narodowego na placu Republiki (Trg Republike) i dalej główną ulicą handlową Knez Mihailova, aż w końcu jestem w parku na terenie starej twierdzy Kalemegdan. Różnica pomiędzy Unią Europejską a Serbią polega m.in. na tym, że w tej pierwszej dostęp ogranicza się do wytyczonych, bezpiecznych ścieżek, a w tej drugiej można chodzić wszędzie, z tym że gdzieniegdzie pojawia się tabliczka „Niebezpieczeństwo. Wchodząc tu ryzykujesz życiem”. Chodząc po parku można oglądać mnóstwo broni z II wojny światowej. Czołgi, torpedy i haubice nie robią jednak oszałamiającego wrażenia. Za to z twierdzy roztacza się piękny widok na ujście Sawy do Dunaju. Po chwili schodzę nad sam brzeg rzeki. Cudownie tam, choć brudno. Wracam do miasta i, jak planowałem, idę do Muzeum Tesli. Miałem kiedyś w planach budowę transformatora Tesli, więc jest to punkt obowiązkowy. Chociaż pomieszczeń jest mało, to eksponaty są autentyczne. Zwiedzanie jest zawsze z przewodnikiem. Młoda dziewczyna prezentuje działanie silnika i innych patentów po czym przechodzimy do kulminacji. Włączony transformator pozwala zasilić trzymane w rękach świetlówki. Przy demonstracji pilota zdalnego sterowania można z kolei zostać poddanym działaniu prądu o małej częstotliwości.

Po Muzeum Tesli wybieram się do Zemun, dzielnicy austro-węgierskiej w Belgradzie. Problem stanowi dojazd, bo mnóstwo linii autobusowych nie jest w żaden sposób przedstawione na jednej mapie. Każda linia ma swoją mapę na swoim przystanku. Dodatkowo zakup biletu to spora trudność. Trzeba kupić elektroniczną kartę na której ładuje się bilet w kiosku. Brak jednak o tym jakiejkolwiek informacji, nawet panie w informacji turystycznej nie potrafią wytłumaczyć jak to działa. Jedna stwierdza, że bilet da się kupić u kierowcy, a druga przekonuje, że muszę kupić kartę w kiosku, ale też nie wie jaką i za ile. Do dzielnicy dojeżdżam jednym z nielicznych nieklimatyzowanych autobusów linii 83. Podróż zajmuje ok. 20 minut, a przejazd odbywa się przez szarą blokowiskową dzielnicę Nowy Belgrad. Samo Zemun jest urokliwe, z pięknym widokiem na Dunaj. Poza tym jest w miarę czysto, a w tutejszych restauracjach tanio. Za obiad dnia (zupa i kotlet po wiedeńsku z piwem) płacę ok. 22 zł. Dodam, że jedzenia było tak dużo, że trudno było zjeść całość. Lokalne piwo to Jelen. Po powrocie z Zemun jestem znów przy Kalemegdanie i schodzę na brzeg Sawy, gdzie zamiast tłumu biegaczy jak w Budapeszcie, jest trochę rowerzystów i kilka osób na rolkach. Nowa ścieżka rowerowa kończy się nagle przecięta torami kolejowymi, ale to taki urok wschodu, czy południa. Stary Most nad Sawą robi, chyba całkiem właściwe, wrażenie rozklekotanego. Każdy przejeżdżający autobus słychać na sąsiednim moście. Jest już po 20:00 więc powoli szukam sklepu na jakieś zakupy. Znajduje go dopiero blisko placu Republiki. Kupuję wino i napój na drogę. Wracam na dworzec, wieczór jest upalny. Ponad 25 stopni po dziewiątej wieczorem. Dworzec wygląda na opuszczony przez wszelką obsługę. Po peronach latają bezpańskie psy, ktoś wchodzi do wagonu i uruchamia jakąś piszczałkę… Mija parę minut zanim ktoś ten dźwięk wyłącza. Za to piwo kosztuje 70 dinarów, czyli niecałe 3 zł. Odjeżdżam do Budapesztu.


W czwartek planowałem łaźnie i tak zrobiłem. Za 2 900 forintów wchodzę do Rudas, jednych z najstarszych łaźni w Budapeszcie. Upragniony prysznic, ciemna atmosfera i gorąca woda do 42 stopni, oraz sauna. Spędzam tam jakieś 4 godziny i wychodzę jak nowo narodzony. Udaję się w stronę znalezionej w internecie hali targowej Lehel. Duży ciekawie zaprojektowany budynek i mnóstwo stoisk. Znów kilkadziesiąt tylko z papryką, kilka z mięsem, kilka z warzywami i owocami. Kupuję trochę papryki, kiełbasę, wino musujące i koncentrat pomidorowy. Wracam metrem M3 pod dworzec autobusowy. Zaczęłem ostatnie piwo na węgierskiej ziemi i właśnie podjechał autobus Student Agency do Bratysławy. Na pokładzie kawa i czasopisma, po drodze Gyor i węgierska autostrada.

Bratysława to głównie nijaki zamek z nijakim widokiem na blokowisko. Próżno szukać jakiegoś taniego lokalnego posiłku. Pizza i kebab rządzą. Zwiedzam do oporu. Siedem rund wokół starego miasta, aż przyjedzie mój autobus. O północy odjeżdżam do Katowic.

Budapeszt jest świetny, Belgrad również. Poza tym oba miasta są świetną bramą na Bałkany.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *