Gruzja

Podróż do Gruzji, ewentualnie do Izraela, chodziła mi po głowie na początku 2012 r. Chłopakom – Sławkowi i Mateuszowi – chodziła po głowie tylko Gruzja, a po podjęciu decyzji i dorzuceniu Adama, okazało się, że Adamowi też Izrael nie chodził po głowie. Została Gruzja. Bilety po 400 zł z LOTu okazały się ulotne i nigdy nie było czterech, stąd więc wykorzystaliśmy znalezioną okazję, przez Wilno i Tallinn, liniami Estonian Air. We wrześniu Estotnian zawiesił połączenie do Tbilisi i przebukowaliśmy bilety na airBaltic z dodatkową przesiadką w Rydze. Powstał więc mały tour po stolicach krajów nadbałtyckich.

10/11/2012 17/11/2012 | PolskiBus Simple Express Estonian Air airBaltic Georgian Railways | Hostel |
Galeria zdjęć z tej podróży w serwisie photobucket >>

Sama podróż zaczęła się w Krakowie, gdzie ja z Adamem pojechaliśmy dzień później niż Sławek z Mateuszem. Taka oszczędność spowodowana małą liczbą tanich biletów na autobus Warszawa-Wilno. W Warszawie zaplanowaliśmy krótkie spotkanie z koleżanką Adama i z jedzeniem lodów na patyku w modnej knajpie. Przy okazji zahaczyliśmy o miesięcznice katastrofy smoleńskiej pod Pałacem Prezydenckim. Nocna podróż Simple Express okazała się mniej przyjemna niż ta sprzed trzech miesięcy do Berlina i zasnąłem w połowie filmu o Alvinie i wiewiórkach. W wileńskim McDonaldzie spotkaliśmy resztę ekipy, wypoczętą po noclegu w hostelu. Zwiedziliśmy trochę Wilna z obkrążeniem tutejszego Pałacu Prezydenckiego, rynku, wzgórza i katedry. Mały busik zabrał nasz na lotnisko w stylu klasycystycznym (myślałem, że takie cuda tylko we Lwowie). Na samolot do Tallinna czekała już jakaś drużyna koszykówki. Nasz Bombardier był całkiem przytulny, nie za mały dla koszykarzy, a lot trwał chyba z 40 minut. Tallinn przywitał nas też małym, przytulnym lotniskiem z lat – na oko – osiemdziesiątych. Stare Miasto jest pełne urokliwej zabudowy. Wzgórze Toompea z pięknym widokiem jest częścią starej zabudowy i prowadzi na nowoczesny plac z podziemnym parkingiem i oświetlonym krzyżem – Plac Wolności. Po drodze minęliśmy siedzibę rządu i parlament.

Rygę odwiedziliśmy dwukrotnie, ale tylko samo lotnisko. Już spędziłem rok wcześniej trzy dni w tym mieście, więc nie żałuję, że czegoś nie zobaczę, chociaż mam ochotę na zimową wycieczkę gdzieś nad Bałtyk, a najlepiej promem po wszystkich głównych miastach. Lotnisko w Rydze to nasz punkt kontroli paszportowej w obie strony. Wylatujemy nocą Boeingiem 737.

Lotnisko w Tbilisi robi wrażenie zbudowanego z pompą. Na powitanie dostajemy małe buteleczki wina przy kontroli paszportowej. Burger King, chyba jedyny w kraju, ma niesamowite jak dla Gruzinów ceny. Po krótkim noclegu na lotnisku, autobusem miejskim (czyt. busem) dojeżdżamy pod dworzec kolejowy – w stylu lubianych przeze mnie budynków z czerwonym napisem na dachu. W Gruzji panuje dziwna moda na naklejki kard kredytowych Visa i MasterCard wszędzie, nawet tam gdzie kasjerka dysponuje tylko kalkulatorem. Zjadamy podgrzewane bułki i jedziemy na dworzec marszrutek – Didube. Typowo wschodni harmider i od razu naganiacz zaprowadza nas do busa jadącego do Stepancmindy (Kazbegi). Po trzech godzinach jazdy we śnie budzę się na dziurawej, jak ser szwajcarski, drodze pokrytej śniegiem i błotem. Typowo kaukaskie warunki. Po przejechaniu przełęczy przez te drogi, częściowo w tunelach i przeżyciu kierowców jadących częściej po lewej stronie niż prawej, do środka wsiada Vasili. Rosjanin stąd, który od razu oferuje nam wyjazd Ładą pod klasztor, wodospad i ruską granicę. Decydujemy się na to pierwsze i po 30 minutach jesteśmy na górze. Zapłaciliśmy dość drogo – bo chyba jakieś 20 zł od osoby – czyli tyle samo co z Tbilisi tutaj. Niezniszczalna Łada z polską flagą dobrze się komponuje z pogodą. Cminda Sameba jest piękna, a na górze  pop rozmawia przez komórkę. Czyli nie jest to kompletne odludzie. Szybko się uwijamy, w drodze powrotnej Vasili ma już dla nas taksówkę do Tbilisi – 100 zł za całość. Za busa zapłaciliśmy łącznie 80 zł, a za taksówkę niewiele drożej. Szybkie i nielegalne manewry kierowcy dowożą nas po ok. 3 godzinach na Didube.

Meldujemy się w hostelu-widmie. Okazuje się, że to po prostu pokój w czyimś mieszkaniu z łazienką dzieloną ze starszą panią i kotami. Oczywiście lokal nie ma żadnego szyldu. Wszystko nielegalne i w tajemnicy przed kontrolą podatkową. Wieczorem znajdujemy restauracje z dobrymi chaczapuri i lokalnym piwem. Będzie to nasza podstawowa baza gastronomiczna w Tbilisi i całej Gruzji. Potrawy są pyszne, a ciasto wyrabiają na bieżąco i wypiekają w piecu. Smak prawdziwej Gruzji, chociaż jest to sieciówka: www.machakhelagroup.ge

Noc spędzamy jak zabici. Nie trzeba było udawać trupa, ale zmęczenie po dwóch dniach bez noclegu nie pozostawia wyboru.

Następny dzień zaplanowany jest na zwiedzanie Tbilisi: Most Pokoju, Stare Miasto, okolice Pałacu Prezydenckiego, Sobór Trójcy Świętej, Plac Europy z stacją kolejki linowej, która wyjedziemy wieczorem. W okolicy tego ostatniego znajduje się świątynia Metechi wokół której odbywały się uroczystości religijne (bliżej nam nieznane). Tbilisi jest miastem bardziej nowoczesnym niż reszta Gruzji, może poza Batumi, które też jest miastem stołecznym, ale Adżarii. Ciekawe rozwiązania w stylu: Saakaszwili obudził się i wymyślił, a następnego dnia  już było, to wielki Urząd ds. Wszystkiego. Może nie jest to dokładna nazwa, ale w większych miastach poza Tbilisi też takie cuda była, zawsze oferowały darmową i czystą toaletę. Poza tym pracownice tego urzędu to same młode kobiety, ubrane w służbowe mundurki. Witają gości miłym słowem. Jest punkt informacyjny, są „okienka” do załatwiania spraw, automaty do robienia zdjęć, banki… Wszystko jest otwarte, żadnych boksów, czy nie daj boże pokoi. Przejrzystość władzy i możliwość załatwienia wszystkiego w jednym miejscu, od wyrobienia paszportu, po pozwolenie na budowę. Podobnie wyglądała sprawa z policją, Saakaszwili zwolnił wszystkich i założył od nowa policję, przy okazji budując nowe komisariaty przypominające bardziej banki, czy salony telefonii komórkowej niż komisariaty  Jeden w Tbilisi znajduje się na parterze bloku, a przez wielki okna można zobaczyć co dzieje się w środku.

Wieczorem, po pożegnaniu się z naszą gospodynią i zjedzeniu chaczapuri w naszym lokalu, idziemy na dworzec, na nasz nocleg w pociągu do Batumi.

Wydrukowane bilety pokazujemy konduktorowi, który wpuszcza nas do wagonu. Mamy cały przedział z kuszetkami dla siebie. W środku jest telewizor i niemiłosierny upał. Telewizor oddałbym za możliwość otwarcia okna. Najgorsza nasza noc, wysiadamy przed świtem w Batumi, a właściwie przed, do Makhindjauri bo do samego miasta dojeżdżają tylko pociągi towarowe.

Mimo listopada i porannej pory, jest dość ciepło. Z samego dworca widać Morze Czarne. O poranku, po chwilowym posiedzeniu w holu dworca, jedziemy autobusem (z polskimi kasownikami R&G) do najdalszego zakątka miasta, jednocześnie najbliższego granicy miejsca – tylko 12 km do Turcji. Wysiadamy przy Alei Marii i Lecha Kaczyńskiego. Nowa, szeroka aleja wzdłuż batumskiego deptaka. Na molo spotykam starych rybaków, z których jeden pyta się czy jestem z Litwy, Łotwy, czy Estonii. Jakby tylko te kraje znał, a pewnie służył tam w wojsku. Na Polskę reaguje, od razu wskazując na aleję Kaczyńskich. Deptakiem idziemy w stronę miasta, zastanawiając się po co takie wielkie blokowiska waterfrontów budują w tak małym mieście. Bum budowlany, albo raczej bańka. Pogoda nie dopisuje, gdyż zaczyna mocno padać. W wielu miejscach spotyka się rybaków, łowiących albo w morzy, albo w stawach, czy kanałach dochodzących do morza. Deptak jest piękny i pełen różnego rodzaju napisów i upiększaczy. Zahaczamy o delfinarium. Jesteśmy w środę, więc zadowolony oznajmiam, że za parę złotych obejrzymy sobie pokaz delfinów, bo poza sezonem pokazy są właśnie w środy, soboty i niedzielę. Taka informacja widnieje na facebooku delfinarium, ich stronie internetowej i na ścianie budynku. Jednak pani w kasie otwartej cały tydzień, stwierdza, że pokazy są tylko w weekendy. Oj, taki mały absurd. Oglądamy poradzieckie akwarium z masą rybek, które kosztuje jakieś parę złotych. Obiekt ma swoją historię, gdyż w Batumi był radziecki ośrodek naukowy zajmujący się gospodarką rybną, a akwarium jest efektem jego działalności. Szukamy czegoś do jedzenia. Coś w rodzaju baru mlecznego, z dużym udziałem lokalsów z piwem i dzieci z oranżadą musi być dobre. Zamawiamy w ciemno. Mi się trafia zupa wołowa, nie najadam się. Dodatkowo częstuję się suszoną rybką i popijam kawę po turecku (prawdziwą).

Z nowych inwestycji chcieliśmy zobaczyć Alphabet Tower, wysoką wieżę z alfabetem gruzińskim nad samym morze, obok diabelskiego młyna. Jednak i wieża, jak i sam młyn były zamknięte. W okolicy powstały już nowe budynki hotelu Radisson, Sheraton i pozłacany wieżowiec z małym diabelskim młynem na górze (sic!). Muzeum Stalina nie udaje nam się znaleźć, pod tym adresem jest jakiś barak z muszlami klozetowymi. Był pomysł iść do kina na „Skyfall” – wersja z rosyjskim dubbingiem i gruzińskimi napisami, ale Adam jeszcze nie widział w oryginale, więc nie chce sobie psuć rozrywki. Pamiętam, jeszcze plac z miejscem gdzie istniał konsulat przedwojennej Estonii, jako taką ciekawostkę. Jako, że przestaje padać wybieramy, zamiast kina, ogród botaniczny. Drugi, ponoć, na świecie pod względem wielkości. Przejeżdżamy trudno znajdywalną marszrutką obok dworca i jedziemy na północ. Ogród jest wielki, w godzinę oglądamy, tylko jedną z kilkunastu części. Wypijamy wino w słodkich okolicznościach i po namowach moich, wracamy do Batumi. W jakiejś hotelowej restauracji jednej z nielicznych otwartych w tym mieście, zjadamy pizzę i wypijamy piwo, jak się okaże będzie to jedyny porządny posiłek do piątku. Wracamy do pociągu na kolejną nieprzespaną noc.

Wysiadamy w połowie drogi w miejscowości Chaszuri o 4:33. Na dworcu nie ma prądu, więc w mrozie (o wiele chłodniej niż w nocy w Batumi) siedzimy, śpimy do pierwszej marszrutki do Achalciche. Miejscowość jest mała, a region jednym z biedniejszych w Gruzji. W supermarkecie kupujemy drobiazgi do jedzenie i po krótkim zwiedzaniu z zahaczeniem o twierdzę, pieczołowicie odremontowaną w ostatnich latach, wracamy na dworzec. Po krótkich ustaleniach gdzie i jak, znajdujemy marszrutkę do Wardzii – skalnego miasta. Po ok. 2 godzinach jazdy, jesteśmy na parkingu przed wejściem. Pustki, a oprócz nas przyjechało troje turystów – dwoje Gruzinów i chyba Szwajcar. Wychodzimy szybciutko z Adamem na górę i zwiedzamy komnaty, przejścia i coś w stylu wewnętrznej świątyni wykutej w większej komnacie. Są dylematy czy nocować tu, czy wrócić, jednak ubogość tutejszej bazy noclegowej i brak innych atrakcji, sprzyjają wyjazdowi. Po zejściu całej naszej ekipy już marszrutka powrotna czekała. Postanawia wrócić do Achalciche i zdecydować, czy dojechać do Tbilisi, czy gdzieś po drodze. Wybór pada na Bordźomi. Miasto to walczyło o organizację olimpiady, przegrało z Soczi. Niestety nie wygląda jak kurort, a mała wieś gdzieś przy drodze. Hotel Tbilisi, według naszego przewodniki, duży i tani hotel z czasów ZSRR, był zamknięty od dawna i niszczał. Znajdujemy jakieś noclegowisko obok, u dwóch pań. Wychodzimy na miasto, w którym mało się dzieje. Kupujemy parówki i inne duperele, bo żaden lokal nie jest już czynny. Czeka nas grzanie parówek ruskiej produkcji i w założeniu popijanie winem (niestety nie zostało one otwarte, a złamało korkociąg).

Rano, po nocy znów przespanej jak dzieci, albo trupy, wychodzimy na miasto i po raz pierwszy widzimy je w dzień. W sezonie musi być piękne, jest park zdrojowy, otaczające góry mają zamontowane krzyże. Jednak z bazą jest tu kiepsko. Czwartek był dniem bez jedzenia – poza parówkami – więc od piątkowego rana chcę coś zjeść. W Bordżomi z tym kiepsko. Jedziemy dość szybko do Tbilisi, od Chaszuri, przez Gori, jest autostrada. Po drodze mijamy obozy uchodźców z Osetii Południowej z wojny 2008 r. Osiedla jednakowych domków zbudowane są na stepach w pobliżu autostrady. Jest bardo blisko granic Osetii, później może trochę żałujemy, że nie udało nam się zwiedzić Gori, miasta najbardziej doświadczonego wojną, ale nie było na to czasu. Dojeżdżamy do Tbilisi, na Didube. Od razu znajdują się taksówkarze, którzy oferują za 15 lari, dowóz, obwóz i jeszcze nie wiadomo co, do Mcchety. Mccheta to gruziński odpowiednik Gniezna. Dawna stolica, kościół w którym Gruzja przyjęła chrzest i całkiem małe miasteczko z dużą liczbą zabytków. Za 2 lari dojeżdżamy normalnym busem. Zwiedzamy wspomniany kościół i zapalam świeczkę. W centrum znajduje się o wiele większa katedra Sweti Cchoweli, jeden z ważniejszych zabytków Gruzji. Po starym mieście miło się spaceruje, jest dużo barów i kawiarni. W jednej zasiadamy i kupujemy po oranżadce. Mniam.

Wracamy do Tbilisi, zostawiamy plecaki i idziemy powolnie na spotkanie z kolegą Adama. Typowo wyglądający Gruzin, który jest Polakiem. Idziemy do lokalu tej samej sieci co wcześniej, ale w pobliżu mostu Metechi. Za dzbanek wina płaci się grosze, potem jeszcze zmieniamy lokal na piwny, a na końcu kupujemy czaczę w plastikowej butelce. Wypijamy ją w pobliżu łaźni, w odremontowanej części miasta z doliną rzeki i wodospadem. Alkohol mocny, wcześniej wypite inne trunki, a rano trzeba wstać. Nie wchodzi nam cała butelka. Żegnamy się i idziemy na ostatni nocleg.

Po czwartej zabiera nas „taksówkarz” na lotnisko. Nasz airBaltic jest jednym z kilkunastu odlotów w porannym szczycie lotniska Tbilisi. Po przelocie do Rygi, czeka nas kolejna kontrola bezpieczeństwa (co niektórzy wypijają szybko wino, którego nie wolno przewozić przy przesiadce). Jeszcze kontrola paszportowa i lot do Warszawy nowym Q400. Na Okęciem mgła i godzina okrążania lotniska. W końcu lądujemy i jedziemy pociągiem do centrum. Czeka nas jakieś pięć godzin w Złotych Tarasach. Jem Burger Kinga, KFC… szkoda gadać. Spotykamy też Martynę Wojciechowską. Z nudów biorę autograf na egzemplarzu przewożonego NG.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *