London Calling

Londyn dzwonił mi w głowie już od jakiegoś czasu, ale zawsze te bilety były jakieś drogie i nie wyszło. Konkurencja Wizza z Ryanem w Modlinie sprawiła, że cena w obie strony spadła do 38 zł, więc weekend w Londynie miał szansę się ziścić. Pierwotny, głupi plan był taki, żeby nocować do 4 rano na lotnisku, a wtedy pojechać easyBusem za 2 funty do centrum i łazić do 1 w nocy, czyli takie 21 godzin w Londynie. Na szczęście parę dni po mojej rezerwacji pojawiała się wielka promocja hoteli Ramada i mnóstwo pokoi było dostępnych w cenie 20 funtów. Jako, że hotele w standardzie **** w tej cenie to rzadkość, a ja chyba w ogóle nie spałem wcześniej w hotelu za granicą (nie licząc hosteli w Paryżu, które nosiły dumne nazwy hotel de coś tam…), nie zastanawiając się długu dokonałem rezerwacji hotelu w dzielnicy doków, obok hali ExCel, gdzie rozgrywane były niektóre zawody Igrzysk Olimpijskich. Udało mi się wszystko zgrać i mimo późnego przylotu, znalazłem dojazd do Stratford za 6 funtów autobusem firmy Terravision. Jeszcze łut szczęścia sprawił, że nasi budowlańcy się nie popisali i na miesiąc przed podróżą zamknięto lotnisko w Modlinie, więc oszczędziłem parę złotych i zamiast do Modlina pojechałem na Okęcie. 

25/01/2013 27/01/2013 | PolskiBus Ryanair | Hotel |
Galeria zdjęć z tej podróży w serwisie photobucket >>

Wyjazd, w przeciwieństwie do ostatnich podróży do Norwegii i Szwecji, miał być wygodny – hotel, jedzenie, zwiedzanie muzeów – to wszystko czego nie było w tych dwóch wyprawach. Doleciałem do Londynu punktualnie, zdążyłem na wcześniejsze połączenie z lotniska i tuż po północy byłem na Stratford (dworcu, w dzielnicy olimpijskiej, obsługującym metro, kolej, DLR i autobusy). Kupiłem bilety całodzienny – kolejny fart tej wyprawy i to dzięki temu, że kupowałem bilet już 26 marca, a na dworcu były dwa różne automaty (jeden chciał mi sprzedać bilet na 25 marca). Wsiadłem do DLR (Docklands Light Railway) i byłem w hotel Ramada London Docklands koło pierwszej w nocy. Miłe powitanie z imieniem na wyświetlonym na TV, ale bez ciasteczka na łóżku. Nieobyty w takich miejscach nie umiałem włączyć światła, a pod prysznicem o mało nie zginąłem. Życie w luksusie nie dla mnie – w filmach ludzie rozwalali sobie głowę pod prysznicem, wydawało mi się to głupie, bo kto niby kładłby śliskie płytki w łazience? – w Londynie znalazłem na to pytanie odpowiedź. Jeszcze tylko sen w mega wielkim łóżko z 8 poduszkami i rano ruszam w drogę.
Mój hotel znajdował się w pobliżu lotniska City i słynnej zapory na Tamizie. Niestety w soboty ruch na lotnisku jest znikomy, bo latają tam głownie linie szwajcarskie, czy niemieckie w celach biznesowych najpewniej. Nad zaporę nie udało mi się dojść – dojście z kilku stron było zamknięte przez różne osiedle, a park, z którego powinno się łatwo dojść miał zamkniętą bramę. Jadę więc powoli do centrum Londynu DLRem, po drodze zahaczając o dwie prace Banksy’ego. Jedną humorystyczną, drugą trochę egzystencjonalną. Kierowałem się do metra, ale przechodząc obok przystanku piętrusów, podjechał akurat z autobus jadący w kierunku Piccadilly Circus, czyli miejsca, które mam w planie jako następne. Tak się składa, że były wolne siedzenia przy przedniej szybie na piętrze i miałem okazję podziwiać Wielki Londyn. Zawsze wolałem podróżować w nowym mieście autobusem, czy tramwajem bardziej niż metrem. Po drodze, przy katedrze św. Pawła, kierowca uderzył lusterkiem o lichy słupek przystankowy, strasząc stojące przy nim Azjatki.
Piccadilly Circus zmieniło się od czasów, gdy ostatni raz podziwiałem je na zdjęciach. Już nie ma neonów,  czy statycznych podświetlonych reklam – teraz są ekrany LED, na których można wyświetlić praktycznie wszystko. Metrem podjeżdżam do pierwszy dwóch muzeów, których mam w planie dużo. Do Muzeum Historii Naturalnej jest przedługa kolejka, jednak stoję – w środku nie ma nic ciekawego. No, może nie tak drastycznie, ale tyle już wysłuchałem się o tym muzeum ciekawych rzeczy, że jak zobaczyłem masę kamieni, kości, roślin, a jedyne ciekawe rzeczy to było właśnie to o czym mówili wszyscy, czyli schody ruchome do wnętrza ziemi, pokój z trzęsieniem ziemi i parę drobnostek, to jak tu nie czuć rozczarowania. Muzeum na pewno pokażę swoim dzieciom, których nie planuję mieć na razie:) Obok NHM jest Muzeum Wiktorii i Alberta, które też jest darmowe. Jest trochę sztuki z różnych zakątków dawnego Imperium, lapidarium i zbiory różnych antyków. Ogólnie ładne i ciekawe. Jako, że pogoda raczej sprzyja chodzeniu po muzeach idę za ciosem i udaję się do Muzeum Brytyjskiego i Galerii Narodowej, w tej drugie są słynne Słoneczniki Van Gogha i mnóstwo obrazów, których poziomu w naszym kraju nie ma okazji podziwiać. Zaspokajam się paroma najważniejszymi dziełami i idę zaliczać dalej.

Gdy zaczynało robić się już ciemno objechałem w kilka miejsc, które miałem w planie po prostu zobaczyć m.in. siedzibę MI6, Pałac Buckingham, czy Parlament z Big Benem. Zjadłem jeszcze w międzyczasie słynny Fish & Chips za jakieś cztery, bądź pięć funtów. W budkach w turystycznych miejscach taki przysmak kosztował nawet 10 funtów, a dzięki tym imigrantom prowadzącym ten lokal było mnie stać jeszcze na przepicie ryby piwem. Zbliżał się już koniec mojej wyprawy, a w planie miałem jeszcze Tate Modern (czynne na szczęście do 22:00), oraz powrót na wschód do O2 Areny i dzielnicy olimpijskiej. Tate jest boskie – uwielbiam sztukę nowoczesną – a na miejscu znalazłem parę polskich akcentów, m.in. Mirosława Bałkę, oraz słynne dzieła różnych twórców (znawcą nie jestem, więc pozostawmy ich różnymi twórcami). Sam obiekt, podobnie jak MOCAK, jest poprzemysłowy. Duże przestrzenie dają wiele możliwości ich wykorzystania. Przechodzę z Tate Mostem Milenijnym pod katedrę św. Pawła i jadę pod O2 Arenę, gdzie kończył się jakiś koncert. Troszkę rozczarowałem się tym obiektem, w środku to po prostu centrum handlowe z modnymi knajpami i sklepami. Pozostaje mi powrót przez Stratford, a że zbliżała się północ i koniec jazdy metra, próbowałem szybko zahaczyć o Stadion Olimpijski i Pływalnię, ale wszystko jest tam strasznie niedostępne, więc zadowoliłem się zdjęciem z daleka.
Wysiadłem pod Marble Arch i ulicami Oxford oraz Baker udawałem się powoli na miejsce odjazdu easyBusa. Niestety godzina odjazdu, teoretycznie co półgodzinnego autobusu, została mi przesunięta z 1:30 na 2:30 o czym chyba nie wiedziała Japonka czekająca już na przystanku na ten sam autobus. Myślałem, że zasiądę w pobliżu w jakimś pubie, ale nic takiego nie było, więc trochę się pobłąkałem po okolicy (m.in. znajdowało się tu Madame Tussaud), ale w związku z pokrapiającym deszczem wolałem zaszyć się w zadaszonym miejscu i wróciłem na przystanek. Japonka próbowała wsiąść do innego autobusu, ale w końcu doczekała do godziny odjazdu. Na lotnisku chyba zasnąłem na chwilę, ale nie kojarzę dokładnie.
Wróciłem na Okęcie, dojechałem do Złotych Tarasów – mojej warszawskiej Mekki, miejsca świętego, gdzie mogę powiedzieć, że mam tam ulubiony stolik obok Burger Kinga – od czasów ryskich zawsze mam jakieś parę godzin w tym miejscu, a w zimie nie chce mi się po Warszawie łazić. Tym razem jednak było inaczej. Jadąc do Warszawy spotkałem znajomych, którzy jak się okazało jechali do innych znajomych, których spotkałem potem na stacji metra Warszawa Centrum. Umówiłem się z nimi na spotkanie po powrocie i spędziłem parę godzin obgadując warszawskie zwyczaje. Powrót Polskim Busem z Warszawy to już norma i dużo wody upłynie w Wiśle, zanim wrócę do PKP Intercity. Ceny coraz wyższe, a jakość coraz niższa – postępowanie wbrew prawom ekonomii mam nadzieję, szybko skończy się pojawieniem jakiejś kolejowej konkurencji i będzie można tanio i wygodnie wrócić z Warszawy w trzy godziny. I tym optymistycznym akcentem czekam do podróży japońsko-włosko-czesko-węgierskiej.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *