Z ziemi włoskiej do japońskiej…

Pomysł z Japonią pojawił się nagle i został kupiony w ciągu paru minut. Toż to tylko 400 zł – myślę – a termin odległy. Dzięki błędowi na Kayak.de można było zarezerwować bilet Mediolan-Rzym-Tokio-Bari za ok. 100 €. Terminów mnóstwo, płacimy kartą i nie obawiamy się, że Alitalia upadnie. Do momentu, aż nie pojawiły się relacje z pierwszych podróży na tej trasie obawialiśmy się jedynie, że linie anulują te rezerwacje. Potem pozostało jedynie przygotowanie reszty trasy. Koło października kupiliśmy bilety z Budapesztu na Malpensę i nieco później z Neapolu do Pragi. Zwiedzanie Neapolu zostało nam jednak odebrane przez Wizzaira, który zmienił dzień wylotu i musieliśmy przebukować bilety na trasę Bari-Praga. Na początku roku kupiłem za 2 zł bilet z Pragi do Wrocławia i pozostawało tylko dojechać jakoś do Budapesztu i wrócić z Wrocławia w środku nocy. Były to jednak najbardziej karkołomne trasy. Połączenie Kraków-Budapeszt Orangeways uznawałem za codzienną świętość, jednak w sezonie akurat w czwartki nie kursowali, więc pozostało szukać szybko jakiejś alternatywy. Na tydzień przed wyjazdem skusiłem się na nieco ekstrawagancką podróż czeską koleją z przejazdem Pendolinem. Kosztowało to parę złotych więcej, niż bez Pendolina, ale zawsze chciałem się nim przejechać. Nie będę narzekał na polską część trasy, więc pominę wszelkie busiki w stylu „za wschodnią granicą”. Polska kolej też nie wchodziła, jak zwykle, w grę zarówno na trasie do Budapesztu, jak i z Pragi.

21/03/2013 27/03/2013 | České dráhy Wizz Alitalia Trenitalia PolskiBus | Hostel |

Nastała więc chwila wiekopomna, czyli dzień pierwszy. Pobudka w Krakowie o 3:00, zimny jak lód bus i jestem w Cieszynie czekając na pociąg 9:43. Kawiarnia polecana mi często po czeskiej stronie – Noiva – otwarta jest od 9:00, więc mam parę minut na zjedzenia śniadania, tym razem parok v rohliku kupiony w spożywczaku i wypicie kawy w Noivie właśnie. Czeskim lokalnym pociągiem o pięknej nazwie CityElefant dojeżdżam na Ostrawę-Svinov. Mam znów koło godziny, więc podziwiam nowoczesne rozwiązania w dziadzinie integracji transportu miejskiego – czyli dach nad przystankiem i przejściem między przystankami, schody ruchome między różnymi poziomami itd. Nudy… ale w końcu nadjechał Pendolino. Pusty w środku, jedynie parę miejsc zajmują ludzie w garniturach i jeden Azjata. w cenie jest woda i gazeta – trafia mi się czeski brukowiec. Po ok. godzinie jestem w Ołomuńcu, nie znajduje jednak smażonego sera, ale za to są kolejne paroki i kanapki. Pociąg regionalny do Brzecławia ma opóźnienie i na stację wjeżdżam dokładnie w minucie odjazdu mojego EuroCity do Budapesztu. Na szczęście i sam EC jedzie aż z Berlina, więc ma pięć minut opóźniania i zdążam bez problemu. Jeszcze parę miesięcy temu marzyłem o przejechaniu się pociągiem przez jakąś granicę, ale udało mi się to już we wrześniu, ale tym razem mam aż dwie na jednej trasie. Pociąg ma głównie węgierskie wagony, są wygodne, czyste i jedynie na trasie Bratysława – Nowe Zamki jest tłok. Przy okazji przejazd przez Słowację daje do myślenia skąd się biorą takie mroczne wizje Europy Środkowej wśród amerykańskich reżyserów. Wpół do siódmej jestem w Budapeszcie i jadę do łaźni Király. Mam dwie godziny do zamknięcia. Woda w głównym basenie ma temperaturę koło 35°C, są jeszcze sauny i jeden basen z temperaturą ok. 40°C. Jest tylko kilkanaście osób w środku.  Po wyjściu idę coś zjeść i za 1000 HUF znajduje schabowego z frytkami. Sławek smsuje, że jest już na lotnisku i idzie powoli spać pod schodami. Po godzinie dojeżdżam na lotnisko i zajmuję równie wygodne miejsce. Sławek już od paru dni podróżował po Włoszech i dziś przyleciał do Budapesztu by nie ruszając się z lotniska wrócić do Mediolanu. Skazany był na kupienie wody mineralnej za cenę mojego posiłku.

Dzień drugi, czyli pierwszy włoski. Malpensa oddalona jest prawie tak samo jak Bergamo, a i podróż wcale nie jest lepsza. Nawet ostatnio z Bergamo ceny są o połowę niższe. Koło 10, jesteśmy na dworcu centralnym, jednak w Mediolanie strajk metra, a my byliśmy już w tym mieście. Rzucam propozycję sprawdzenia dokąd tu można pojechać na jeden dzień.. Genua, Turyn, Werona… 10€ w jedną stronę i jedziemy do Werony. Pada na małe miasto, bo w dwóch pierwszych chciałbym pobyć trochę dłużej. Spożywamy pierwszą na ziemi włoskiej pizzę i spotykamy Polki, które w drodze do Mediolanu zatrzymały się tu na krótkie zwiedzanie. Miasta ma swoje koloseum zwane areną, na rynku jest jakiś targ wiosenny (w Polsce wtedy temperatura koło zera), a poza kościołami i miejscami związanymi z Julią nie ma wiele atrakcji. Przeraża mnie okno Julii, otoczone tonami kiczu. Masowa turystyka, zwłaszcza z USA, to rak na całym świecie. Może dojdzie do takiego momentu, że samoloty przestaną zabierać amerykanów na pokład z racji wagi. Pozostaje mi jednak wrażenie, że Werona to całkiem ładne miasto, zadbane i poza tymi punktami gdzie liczy się kasa da się tu poczuć ducha Włoch. w Mediolanie wpadam na pomysł dojechania do centrum, ale strajk metra ten pomysł wybija z głowy. w pokoju mamy całą zgraję Brazylijek, ale musimy wstać o 3:00 rano, a i one chyba dopiero co przyjechały do Europy.

Na Malpensie słychać już Polaków, sprawdzają prognozę pogody dla Tokio i wszystko jest już jasne. Plecaki mają zapchane niesamowicie. Pierwszy lot Alitalią w mojej karierze i jednocześnie powrót na Fiumicino – to lotnisko na które pierwszy raz leciałem samolotem w 2007 r. liniami Sky Europe. Na pokładzie dają suche przekąski i napoje. Czekamy na swój lot w Rzymie i wypatrujemy swojego B777. Nastaje ta piękna chwila. Samolot jest… samolotem. Usadawiamy się wygodnie i 12 godzin przed nami. Parę filmów, posiłki, muzyka i napoje. Da się przeżyć. Japończycy, stanowiący większość podróżnych, zasypiają jeszcze przed startem. Biorę japoński posiłek, a Sławek włoski. Nie żałuję, bo w obie strony włoskie dania to coś w stylu lasagne, albo zmiksowanych różnych składników na jakąś papkę. Po obiedzie zamykamy okna i można śmiało spać. Lecimy nad Ułan Batorem i mijamy od południa Koreę Północną.

Na lotnisku Narita japoński socjal rzuca się w oczy. Mijamy troje witaczy, potem jeszcze Pan który patrzy w kamerę termowizyjną wypatrując zainfekowanych przez grypę, potem menedżer kolejki… Pani za maską zakrywającą 3/4 jej twarzy, patrząc na kwit imigracyjny z wpisanym celem pobytu: transfer, pyta się czy rzeczywiście przyleciałem z Rzymu i lecę dalej do… Rzymu. Śmiechu na twarzy nie widzę, bo twarzy nie widzę, ale pewnie ciekawość kazała jej o to spytać. Sławek przeszedł trochę szybciej. Kontrola celna to tylko kilka sekund i idziemy na stację spółki Keisei. w pociągu jadącym do Nairty zaledwie kilka minut chłoniemy ducha Japonii. Policjanci chodzą w parach, a jeden ma na sobie telefon wyglądający jak automat z budki. Och, ta japońska nowoczesność.

Wysiadamy na stacji Narita i po drodze do świątyni wchodzi do spożywczaka Family Mart. Dwoje kasjerów obsługuje klientów jak automat. Ledwo położę coś na ladzie, a już jest zapakowane w reklamówkę. Kupuję różowe piwo, i dwie paczki różowych cukierków – ot, tak wyszło. Wychodzą ze sklepu zauważam jeszcze kiełbaskę na patyku, więc jeszcze ją biorę. Niestety kolejna reklamówka idzie w ruch. Główna ulica miasta to Omotesandō, jest wąska i nie ma tam chodników, a jedynie namalowane linie. Rano ruch samochodowy dominuje – ok. 1 samochód na minutę, później więcej jest pieszych. Restauracje też otwierają się popołudniu, a my swój czas mamy od 7:00 do 11:30. Naritasan to największa atrakcja miasta. Wchodzimy na teren świątyni i parku, przez ogromną bramę. Po drodze jest źródełko, z którego wchodzący piją wodę za pomocą naczynka na kiju. Po co im te maski, skoro potem każdy pije z tego samego naczynia? Przed świątynia jest wielkie kadzidło, do którego dorzuca się zielone pałeczki za dowolną ofiarę – coś w stylu chrześcijańskich świeczek. Do świątyni można wejść bez butów. Buty można oczywiście włożyć do plastikowej reklamówki. Park jest wielki i piękny, a w jednej ze świątyń z figurą złego buddy, można zwiedzić dwa piętra miniatur tegoż buddy. Całe ściany zajęte pod identyczne figurki… Wypijamy ze Sławkiem swe japońskie piwa, spotykamy naszych rodaków i powoli wychodzimy z parku. Na ulicy już większy ruch. Sławek kupuje jeszcze pamiątki od starszej Pani, która z takim uśmiechem wszystko tłumaczy, że żal nie kupić. Obok miniatur świątyni wiszą miniatury Hello Kitty. Restauracje się powoli otwierają. Na szczęście potrawy są przedstawione jako plastikowe modele z cenami. Inaczej byłaby to loteria. Szukając posiłku, zaglądamy jeszcze do informacji turystycznej. Matka z dzieckiem ogląda filmy reklamowe z symbolem miasta – uśmiechniętym samolotem – tańczącym w rytm japońskiej piosenki. Pani nie wyglądała na turystkę. w sklepie obok można kupić wielką pluszową maskotkę samolotu. w końcu decydujemy się na zamówienie czegoś do jedzenia. Sławek nie ma pieniędzy, a kart nie przejmują, więc sam zamawiam coś w panierce w wersji droższej. Okazuje się, że przedstawione plastikowe panierowane pałeczki to paluszki krabowe. Obok są dwie ceny 600 i 1000 jenów. Mam 1000 jenów, więc zamawiam tak żeby było akurat i dostaję te paluszki w zupie z zielonym makaronem. Zielona herbata gratis do oporu. Wychodzimy, kłaniamy się i idziemy na stację kolejową. Mieliśmy wracać Keisei Narita Express, ale na dworcu JP wywieszony jest cennik z rozkładem i ich pociąg jest tańszy i przyjedzie za chwilę. Kupujemy bileciki w kasie i kończymy naszą krótką naritańską przygodę. Trasa jest inna, więc jest okazja podziwiać więcej Japonii. Pociąg dojeżdża, wchodzi ekipa sprzątająco-obracająca krzesła. Kilku panów w fioletowych strojach w parę minut zmienia kierunek siedzeń w pociągu, sprząta, zamiata i oddaje pociąg gotowy do jazdy powrotnej.

Na lotnisku spotykamy najdłuższą kolejkę do kontroli bezpieczeństwa. Dopiero po 45 minutach jesteśmy za kontrolą paszportową. Oczywiście są i panie zarządzające kolejką, pan który krzyczy coś po japońsku, a osoba, która stoi przed bramką wykrzykuje kierunek lotu, tylko nie wiadomo do kogo. Tym razem to my zasypiamy przed startem. Dla nas jest dopiero koło 6:00, a zwiedzaliśmy w ciągu „nocy”. Polacy siadają przed nami, chociaż miejsca wybiera się dużo wcześniej, więc skąd wiedzieli? Znów japoński posiłek, potem kanapka i przekąska z ryżem. Przy okazji Japończycy władają nożem i widelcem podobnie jak my pałeczkami.

Wieczorem jesteśmy znów na Fiumicino i czekamy na lot do Bari. Leci z nam jeden ze stewardów lotu z Japonii. Mam niezwykły zaszczyt usiąść obok kobiety w ciąży z 2-letnim dzieckiem. Mały płacze, kopie, krzyczy… ale mi i tak się chce spać. Budzę się przy podawaniu napojów i przekąsek. Na lotnisku Karola Wojtyły w Bari jesteśmy tuż po odjeździe ostatniego autobusu miejskiego – taka świetna koordynacja. Jedziemy za 5 € innym autobusem, ale pół przylotu Ryanaira się już do niego nie mieści. w Bari mamy dwa noclegi – najpierw meldujemy się u Rosjanki obok dworca, a potem z nią idziemy do pokoju bliżej centrum. Depcząc resztki palm uświadamiam sobie, że to dziś była Niedziela Palmowa.
Rano wita nas deszcz – jak to nad morzem. Sławek na nogach od 8:30, ja śpię do 10:00. I tak mamy cały dzień, a poranna ulewa tylko by nas zmoczyła. Wychodzimy jak się przejaśnia. Mimo wszystko i tak dostęp do jedzenia jest ograniczony – zostają kawiarnie – a my jesteśmy głodni, przynajmniej na jedną pizzę. Obok zamku Pani robi panini z szynką czym się zadowalamy. Łazimy po mieście, a robi się już słonecznie. Na murach miejskich widok na błękitne morze łączy się z bielą ścian. Razi w oczy. Jemy jeszcze pierwsze w sezonie lody. Rok temu było to we Florencji. w porcie za to stoi mnóstwo niebieskich łodzi. Piękne widoki. Idziemy na dworzec. Mamy dwie godziny jazdy do Alberobello. Przewoźnik Ferrovie Sud-Est ma dwa perony na dworcu centralnym i osobne kasy. Jedziemy piętrowym wagonem w kolorach beżowo-brązowych. Piękne… Obok mijamy nowe Pesy, którymi przejedziemy się w drodze powrotnej. Podchodząc do drzwi spotykamy… Polaków. Rodzice z córką próbują dopytać konduktora o godziny odjazdu pociągu do Bari. Okazuje się, ze mają tak mało czasu – albo nie zwrócili uwagi, że pociąg jedzie aż dwie godziny – i pasujący im pociąg odjeżdża w tym czasie co przyjazd naszego. Na szczęście nie zdążają i mam nadzieję, że poszli trochę zwiedzić. Nam to zajęło koło dwóch godzin. Trulli jest mnóstwo, nawet poza częścią wpisaną na listę UNESCO. Trochę błądzimy i jesteśmy na miejscu. Białe domki z charakterystycznymi dachami są jak z kosmosu. Krajobraz do filmu Sci-Fi. Przy dworcu jest mała kawiarenka, w której o dziwo, wypijam pierwszą dziś kawę, a jest po 16:00. Pociąg wraca do Bari, gdy robi się już ciemno. Idziemy na pizzę. Zamawiamy najpierw jedną, potem drugą i na dokładkę jeszcze tiramisu. No i dwa piwa Peroni. Rano znów pobudka w godzinach nieludzkich.

Idziemy na autobus przed 6:00, ale wypijam jeszcze kawę. Ostatnią na ziemi włoskiej. Lotnisko w Bari jest wielkości krakowskiego, jednak sporo tam lotów krajowych. Naszym Wizzem leci grupa Włochów, których można nazwać typowymi południowcami. Przy starcie brawa i krzyki, po wylądowaniu od razu stoją na nogach. Biedne stewardessy musiały się trochę pomęczyć. To jednak inna kultura od tradycyjnego polskiego chama. w Pradze doznajemy szoku. Temperatura znów koło zera. z lotniska do miasta można dostać się autobusem, cena standardowa. Widać, że to nasz krąg kulturowy. w dodatku bilet ważny jest 90 min, więc dojeżdżamy do Wyszehradu i jeszcze zdążyliśmy wrócić na Plac Wacława. Szukam tu swojego celu nr 1 – Pałacu Lucerna z rzeźbą David Černý’ego.  Trochę pobłądziłem, bo wbrew temu co mi się wydawało wejście główne jest z bocznej uliczki, a nie bezpośrednio z Placu Wacława. Na szczęście w Pałacu jest restauracja, w której można zjeść po czesku. Wybieram jakąś wieprzowinę z knedlikami, no i piwo. Dalej idziemy na Rynek, niestety katedra jest zamknięta akurat w tych godzinach. Most Karola jest pełny turystów i trochę to wszystko wygląda jak kurort nadmorski w stylu Łeba, Ustka… Znów pobłądziłem w szukaniu Ściany Lennona, ale to dlatego, że nie ma tych atrakcji na mapie, a nie zdążyłem przed odlotem sprawdzić gdzie co jest dokładnie. Jednak spotykamy pod ścianą mnóstwo ludzi – głównie Włochów, bądź Hiszpanów. Na Hradczanach sporo miejsc jest zamkniętych, pewnie z powodu pogody, ale Złota Uliczka na szczęście jest czynna. w dzielnicy żydowskiej wypijamy piwo i udając się w stronę dworca wstępujemy do supermarketu Albert i kupuję trochę słodkości. Na dworcu nie ma niestety nic czeskiego do jedzenia, a jedynie pizza, hamburgery i jakieś makarony. To byłoby dobre we Włoszech. Żegnam się ze Sławkiem i idę na Polskiego Busa, który jest prawie pełny. Znów wydawało mi się, że dworzec Florenc jest blisko dworca kolejowego – co okazuje się prawdą – jednak trzeba obejść duży obszar torów kolejowych. Trochę podbiegam do mojego autobusu, ale jak zwykle zdążam.

O 1:30 we Wrocławiu zaczynam swoją modlitwę o zmianę czasu, najlepiej o 4 godziny do przodu. Dworzec PKP jest wyłączony, ale czynny – nieczynne automaty, odgrodzone poczekalnie, nawet napis Wrocław Główny zgasł. Jedyne wolne miejsce zajmuje śmierdzący i chrapiący bezdomny. Normalni podróżni stoją, bowiem pierwsze odjazdu już o 4:04, a dworzec otwierają zaledwie 4 minuty wcześniej. Przechadzam się po centrum, trochę siedzę w McDonaldzie, ale jest tak zimno, że w końcu doczekuję 5:30 stojąc na dworcu. 8:40 jestem w Krakowie. Mam nadzieję, że niedługo te historie z PKP przejdą do historii i będę czytał to z pewnym sentymentem.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *