Zadar, Split, Sarajewo, Trogir, czyli można jechać na weekend do Chorwacji

Pisanie postów parę miesięcy po podróży to spora oszczędność miejsca, nie ma już tylu wspomnień, więc można opisać tylko te najważniejsze.

Ten wyjazd był mocno spontaniczny. Planowałem dłuższy okres bez żadnych wyjazdów. Niestety bilety za 99 zł w obie strony do Chorwacji to rzadkość (przynajmniej AD 2013). Dlatego żal było się nie szarpnąć. Bilet pojedynczy już prawie zarezerwowany – jest to magiczna chwila, gdy się trafi na coś okazyjnego i z ciekawości przejdziesz do ostatniego etapu rezerwacji. Głupio tak nie pojechać. Ale samemu? Telefon na szybko do Sławka, który planował Chorwację na długi weekend. Sławek też miał wolne w tym czasie i już tę rezerwację zrobił. Zaraz po tym dokonałem wpłaty i byłem zadowolony. Promocja w biurze Scandjet trwała dosłownie przez parę minut w trakcie długiego weekendu w dniu 2 maja, tak się złożyło, że akurat byłem w pracy, ale pracy było mało.

16/05/2013 19/05/2013 | PolskiBus Scandjet Eurolines | Hostel |
Galeria zdjęć z tej podróży w serwisie photobucket >>

Jest więc wstępny plan Zadar-Split… i co dalej? Jeszcze w dniu rezerwacji chodzi po głowie jakiś Dubrownik, Jeziora Plitwickie… Jakieś półtora roku wcześniej gdy oglądałem „Aleję Snajperów” naszła mnie ochota na wyjazd do Sarajewa. Od tamtej pory wiedziałem jak można się tam dostać z Krakowa i mimo bliskości nie był to szybki przejazd. Długie godziny za 50€ w pociągu z Budapesztu, ewentualnie autobus, albo dziwne kombinowanie samolotem np. Norwegiana za duże pieniądze. Nie zastanawiam się wiec długo i wybieram opcję z wyjazdem do Sarajewa. Sławek zostaje 3 dni w Splicie, z wyprawą promową. Koszt przejazdu ze Splitu do Sarajewa nie jest zbytnio atrakcyjny, ale cena jest niewiele większa niż za przejazd do chorwackich miast na trasie, czy do Mostaru, który jest o wiele bliżej. Nie  porównując w ogóle z opcją budapesztańską. Czas wiosenny sprzyjał też pojechaniu w jakieś góry, bo na plaży było raczej szaro.
Gdy nastał dzień wyjazdu pojechaliśmy Polskim Busem do Warszawy, z Metro Wilanowska nocną Warszawą przeszliśmy spacerkiem przez nieprzyjazne pieszym ulice, dochodząc w środku nocy na lotnisko. Nasz samolot, jak to czarter, odlatuje jakimś bladym świtem. To mój pierwszy czarter w życiu. Pierwszy Enter Air. Pokład dostosowany był raczej do szwedzkich turystów, którzy są głównymi klientami Scandjeta, a menu było tylko po szwedzku. Lądujemy w Zadarze, dojeżdżamy autobusem do miasta, w którym zaczyna mocno padać. Większość spotkanych współpasażerów zostaje w Zadarze, bądź okolicach. Miasto jest jednak do przejścia w godzinę. Stołujemy się smaczną pizzą i z dworca autobusowego jedziemy do Splitu. Przy okazji dodam, że chorwacki system linii autobusowych jest nieznośny, w Internecie brak dokładnych informacji, a ceny różnią się znacznie pomiędzy przewoźnikami. Jeden kurs czasem jest zapisany jakby był wykonywany przez kilku przewoźników, przynajmniej tak można wywnioskować ze strony dworców. Na stronach przewoźnika z kolei brak jakichkolwiek informacji. Maili nie ma co pisać, bo i tak nie odpisują. To czas na 1,5 miesiąca przed wejściem Chorwacji do Unii Europejskiej.
Wysiadamy w słonecznym dla odmiany i równie pięknym Splicie. Dworzec autobusowy znajduje się w samym centrum. Piękny Pałac Dioklecjana zajmuje większą część starego miasta. Biały kamień odbija promienie słoneczne. Jak tu nie kochać krajów śródziemnomorskich. Plaża w Splicie jest, nawet częściowo piaszczysta, ale woda zimna i w maju o długich kąpielach można zapomnieć, co nie znaczy, że do wody nie wszedłem w ogóle. Znajdujemy szybko jakieś bistro z pizzą i lokalnymi potrawami w samym sercu miasta. Taki lokal posłuży jako stała jadłodajnia na pobyt tutaj. Wszystko inne jest strasznie drogie. Drugiego dnia, w piątek, wyjadę wieczorem do Sarajewa, więc jaszcze ze Sławkiem odwiedzamy boski, cudny, pachnący targ rybny, zwiedzamy wzgórze Marjanłazimy po całym mieście. Kupuję bilet i wymieniam pieniądze na marki zamienne. Popołudniem wsiadam do prawie pustego autobusu relacji Split-Sarajewo. Jedzie się ponad 5 godzin, głównie przez to, że wzdłuż chorwackiego wybrzeża zatrzymuje się na każdym przystanku. Przez riwierę makarską dojeżdżam do portowego miasta Ploce, gdzie również kończy się linia kolejowa z Sarajewa, po której kursuje jednak tylko jedna para pociągów dziennie. w Bośni i Hercegowinie widać podziały etniczne – część przy granicy chorwackiej, właściwie nie różni się od samej Chorwacji, jednak im dalej na północ tym więcej meczetów i cerkwi.
W nocy wysiadam w Sarajewie, przy dworcu kolejowym wciąż stoi tablica z zimowej olimpiady w 1984 r. z napisem „Welcome to Sarajevo”. Nie mam mapy, więc idę na czuję i trochę za daleko, prawie przez całe miasto, aż w końcu po północy docieram do hostelu. w tym mieście w nocy może nie być wody – ostrzega recepcjonista. Jednak tym razem była.
Następnego dnia po zjedzeniu Ćevapčići na targu, obok głównego meczetu, kieruje się, oczywiście bez mapy, w stronę toru bobslejowego. Gubię się kilka razy, ale w końcu udaje mi się wejść na właściwą drogę i po jakichś 2 godzinach jestem u dołu toru. Po drodze mijam kilka zniszczonych budynków, a przy torze stoją betonowe fragmenty budynków przygotowanych na olimpiadę. Sam tor nadaje się do jazdy rowerem, więc ryzykiem było wejście na niego. w połowie spaceru wnętrzem toru dźwięk „sszzzzz” rozbrzmiewał coraz głośniej, więc mój sprawny umysł zrozumiał, że coś nadjeżdża i zdążyłem uskoczyć. Niestety niebezpieczna jazda rowerem to tam raczej norma, w drodze pod tor byłem świadkiem dość groźnego wypadku na leśnej ścieżce – na stojących rowerzystów wpadł inny rozpędzony rowerzysta – jedna osoba straciła swój rower i chyba złamała nogę. łudzi było sporo, więc poszedłem dalej. Sam tor jest ciekawy dla fanów takich osobliwości, miejsce opuszczone, zniszczone przez wojnę i pewnie już nie do wyremontowania. w kilku miejscach można znaleźć ślady taśmy ostrzegającej przed minami, na szczęście to tylko pozostałości. Schodzę do centrum, to dzień nocy muzeów. Błąkam się trochę po mieście, które w zasadzie jest dość typowe, tylko trochę dużo meczetów i ceny dość niskie. Wypijam piwo i lokalną kawę po turecku. Wchodzę jeszcze do supermarketu na zakupy lokalnych produktów i pewne rozczarowanie, jednak dość spodziewane – mały kraj otoczony przez silniejszych sąsiadów i Unię Europejską prawie nie produkuje własnych wyrobów – większość czekolad, słodkości, czy napojów była albo chorwacka, serbska bądź węgierska, albo produkowana przez międzynarodowe koncerny. Udaje mi się kupić jedną czekoladę i małą butelkę rakiji.
Całe miasto jest rozciągnięte wzdłuż rzeki. z obrazu w Google Maps kojarzyłem, że gdzieś koło parlamentu jest most, na którym zginęły pierwsze ofiary oblężenia. Znajduje go dopiero pod koniec dnia, potem idę jeszcze w stronę Grbavicy – najbardziej zniszczonej dzielnicy podczas oblężenia – ale z braku czasu zawracam po paru minutach. Dobre wrażenie robi gmach parlamentu obok hotelu Holiday Inn. Parlament to nowoczesny kompleks biurowców z ciekawą iluminacją, za to hotel wygląda tak samo jak na zdjęciach z czasów wojny. z samej nocy muzeów zaliczam tylko jedno muzeum związane z historią miasta, bo ok. 20:00 mam odjazd do Splitu. Niemiłą niespodzianką jest jakaś śmieszna dodatkowa opłata, którą trzeba uiścić mimo posiadania biletu powrotnego. Ot, taki kolejny przykład socjalizmu w główkach.
Do Splitu wracam ok. 4 w nocy, więc wracam na pół noclegu do hostelu. Rano wybieramy się ze Sławkiem do Trogiru, pięknego miasteczka na wyspie. Można było go obejść w godzinę. Spotkaliśmy w tym czasie polską wycieczkę, która stała pod jakąś katedrą, a przewodniczka mówiła coś o Janie Pawle II. Serio? Po to się jedzie do Chorwacji, żeby słuchać o tym gdzie i kiedy był na pielgrzymce papież? Przecież on był wszędzie. Pomijając kwestie religijne, to w Trogirze własnie miałem swój pierwszy kontakt z Adriatykiem. Kąpiel w trochę zimnej wodzie była całkiem przyjemna, ale głównie przez mój deficycie plaż, wody i pływania w naturalnych zbiornikach. Wtedy wszystko było przyjemne.
Popołudnie zajął nam przejazd z Trogiru do Zadaru. Wracamy do tej samej restauracji co pierwszego dnia i żeby potem nie żałować, zamawiam jakieś owoce morza, a konkretnie kalmary. Danie było warte swojej wcale nie wygórowanej ceny, ale przed następnym razem trzeba się doszkolić, posmakować więcej i wtedy dopiero będę mógł wydać jakąś sensowną opinię.
Wieczorem na lotnisku, które obsługiwało tylko ten jeden lot spotykamy tę samą ekipę Polaków. Odlot po północy, powrót do Warszawy i TLK do Krakowa ok. 9:00. w południe do pracy.
Chorwacja jest piękna. Dobrze, że udało mi się ją zobaczyć przed wejściem do UE. Będzie co porównać.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *