Od Północy po Południe. Dania, Grecja, Cypr, Turcja i inne…

Na pomysł wyjazdu do Turcji wpadliśmy z Adamem w marcu, kupując bilety do Kopenhagi. Niska cena dostępna była tylko w jedną stronę, więc szukając powrotu najciekawszą opcją wydawała się podróż przez Berlin, a że bilety z Berlina do Aten na ten okres były bardzo tanie – ok. 100 zł – żal było nie skorzystać. W ten sposób zaplanowaliśmy wyjazd Kopenhaga-Berlin-Ateny, czyli o krok do Turcji. Niestety ceny i liczba połączeń między Atenami a Stambułem nie powalały na kolana. Dlatego zostawiliśmy ten temat na później. Po paru tygodniach udało się nam kupić bilet ze Stambułu do Wiednia linią Turkish za ok. 150 zł. We wrześniu planując już ostatecznie wyjazd okazało się, że zapłacilibyśmy tyle samo za przejazd autokarem między Grecją a Turcją, co za przeloty samolotem z przystankiem na Cyprze. Wybór był prosty, lecimy z Patry do Pafos, a z Północnego Cypru do Turcji. Po drodze poświęcając jeden dzień na Ankarę.

22/10/2013 01/11/2013 | Norwegian easyJet Ryanair AnadoluJet Pegasus Turkish Airlines PolskiBus | Hostel Hotel |
Galeria zdjęć z tej podróży w serwisie photobucket >>

To była moja najdłuższa podróż. Spakowałem się jednak tak jak zwykle, czyli bez zbędnych rzeczy. Rozpoczynaliśmy wylotem popołudniu z Balic, czyli w idealnej tak żeby się wyspać. Do Danii lecimy Norwegianem, linią która wi-fi na pokładzie. Kopenhaskie lotnisko położone jest jakieś 20 min jazdy metrem od centrum, dzięki czemu około osiemnastej jesteśmy już w centrum miasta. Bardzo pięknego miasta, również z ładnymi ludźmi, po czym widać, że kraj zalicza się do bogatszej części Europy. Nocleg zarezerwowaliśmy – jako turyści z biedniejszej części – w najtańszym hostelu, ale blisko centrum. Na początku planowaliśmy nawet couchsurfing, ale na tak krótki okres pobytu woleliśmy nie tracić cennych minut na dojazdy na obrzeża. Chociaż na komunikację mieliśmy bilet całodniowy, który w krajach skandynawskich kosztuje przeważnie nieco ponad cenę dwóch zwykłych biletów. W hostelu trafiliśmy na happy hour – dwa piwa w cenie jednego, czyli za jakieś 15 zł – co opóźniło na chwilę nasze wyjście w miasto. Wieczorem Kopenhaga wygląda pięknie, aż miło sobie wyobrazić to miasto w śniegu. Szlajamy się wokół ratusza, zamku królowej, której nie udało nam się zbudzić, oraz paru innych ważnych miejsc. Wszędzie raczej pusto o tej porze dnia i roku, nawet zamek nie wyglądał na pilnowany. Ostatnie polski posiłek zdążył się już zdezaktualizować, więc pora na jedzenie. Adam kojarzył jeszcze jadłodajnię z kebabem z poprzedniej wizyty, więc żeby nie ryzykować czegoś drogiego poszukaliśmy tego miejsca. Kebab smaczny i co ciekawe rozpoczynający całą serię jedzenia kebabów, aż po samą Turcję. 

Następnego dnia zostały nam do zobaczenia dwie najciekawsze atrakcje, czyli Christiania i Syrenka. Wolne Miasto Christiania to taki mały Amsterdam w centrum Kopenhagi. Miejsce gdzie sprzedaje się marihuanę i od razu wypala na świeżym powietrzu. Jest też sporo różnego wego- hipi-  restauracji, stoisk itd. W centrum zakochałem się w sklepie LEGO. Tyle tam klocków, możliwość komponowania własnych ludków… Szkoda, że nie jestem małym Duńczykiem. Wrażenia takie, że o mało co nie zapominamy o Syrence. Szybko dojeżdżamy do fortu, który stoi na linii prostej miedzy pomnikiem, a przystankiem na którym wysiedliśmy. To dość ciekawe miejsce, teren wojskowy, a otwarty dla wszystkich. Nie do pomyślenia w… Rosji czy gdzieś tam na wschodzie. Syrenka robi raczej słabe wrażenie, trochę jest przereklamowana. Małe to i pełno wokół Azjatów. Syrenka nasz żegna, wsiadamy w metro i jedziemy na lotnisko. Znów Norwegianem z wi-fi lecimy na południe, na razie do Berlina.
Lotnisko Shonefeld to czysty PRL, a konkretniej NRD. Małe, ciemne i zgrzybiałe. Byliśmy w Berlinie tylko na noc, więc plany mieliśmy dość nieokreślone. Jedynym konkretnym punktem była wizyta w Reichstagu, na nocnym zwiedzaniu. Reszta opierała się głównie na zobaczeniu jakichś tam miejsc, z których część i tak była już zamknięta. Zjedliśmy ponownie kebaba, a do Turcji jeszcze daleka droga. Powłóczyliśmy się trochę, a to na Potsdamer Platz, a to na Alexander Platz. Podobnie jak w Kopenhadze jadąć z lotniska lepiej opłaca się od razu kupić bilet całodzienny, więc mogliśmy się łatwo przemieszczać. Po wizycie na dworcu głównym spacerowo przeszliśmy do Reichstagu. Z powrotem zahaczamy o pomnik żołnierzy radzieckich i wracamy S-Bahnem na nocleg, czyli ławki w ustronnym korytarz na terminalu lotniska z którego rano odlecimy do Aten.

Chociaż ponoć warunki były niesprzyjające do snu, moja noc przebiegła dość spokojnie. Parę godzin snu, a wcześniej rozpocząłem czytanie książki „Nie ma takiego miasta”, którą męczyłem jeszcze do lutego. Czekał nas teraz jedyny lot easyJetem podczas tej podróży.
Ateny mają lotnisko oddalone o mniej więcej pół kraju od miasta. Zbudowane na olimpiadę w 2004 roku, wygląda dość smutnie, a dostać można się na nie albo autobusem albo dwa razy droższym metrem. Wybieramy autobus, który jedzie godzinę do centrum. Kończymy podróż na placu Syntagma, który jest jednym z centralnych punktów Aten. Niestety to jedno z tych miast bez planów dla turystów, a nikomu z nas nigdy nie chce się sprawdzać takich drobnostek w stylu: gdzie dojedziemy, a gdzie będzie nasz hostel. Trochę myślimy, ale po nocy na lotnisku, locie i jeździe autobusem do miasta lepiej coś zjeść w McD i przy kawce sprawdzić dokładnie gdzie iść. Droga okazuje się prosta, wzdłuż szerokiej alei Stadiou i 28 Października. Idąc do hostelu poznaliśmy schemat miasta. Po ogarnięciu się w hostelu idziemy coś zjeść… i szok. Kupujemy kebaba. Tylko tym razem oryginalnego greckiego. Mamy na stolicę Grecji nieco ponad dobę, a tu opłaca się kupić głównie bilet 24 godzinny, więc długie jedzenie jest wskazane, w ten sposób będziemy mogli jechać na bilecie jeszcze jutro w drodze na dworzec autobusowy.

Ateny są brudne, śmierdzące i ludzie nie należą tam do najpiękniejszych, a raczej wyglądają jakby im się nic nie chciało. Całość doprawia masa bezpańskich psów. Chcemy zobaczyć tego dnia  jeszcze Panteon, mimo że nie wejdziemy do środka. Okolice tego światowej klasy zabytku, są chyba najładniejszą częścią Aten, a parki wokół umożliwiają zrobienie ładnych zdjęć. Jedziemy jeszcze w najzabawniejsze, albo najsmutniejsze zależy od punktu widzenia, miejsce w Atenach – obiekty olimpijskie z 2004 r. Nie wyglądają tak tragicznie jak przedstawiają je w mediach , ale jednak nie jest to porządnie wykorzystana inwestycja. Basen, który nigdy nie doczekał się dachu służył jako obiekt szkoleniowy dla dzieci. Reszta hal stała pusta. Uroku całości dodają dziury w chodniku, wszechobecne bazgroły na ścianach i sadzawki pełne śmieci. Trafiamy na zachód słońca,  który okazuje się wręcz magiczny gdy stanowi tło dla architektury Santiago Calatravy. Wieczorem jeszcze wypijamy tradycyjne piwo i udajemy się na nocleg do pokoju, w który jest Amerykanin z, chyba, Szkotem.
Drugi dzień w Grecji zaczynamy od tego co jest obowiązkiem turysty. Obowiązek, to smutno brzmi, ale dla większości turystów to właśnie na tym polega podróżowanie. Na pierwszy ogień idzie Akropol. Drogi niemiłosiernie bilet wstępu, a jak się okazało po wejściu, całość jest dopiero w budowie. Kamienne bloki jeszcze nawet nie przycięte… Szczerze mówiąc jest to jeden z tych obowiązkowych punktów, które na prawdę warto zobaczyć. Z Akropolu idziemy do palcu Syntagma, skąd mamy wybór pomiędzy portem w Pireusie, a dworcem kolejowym. Nie widzieliśmy jeszcze morza, więc jedziemy do Pireus, który od czasów antycznych na pewno wiele stracił zarówno na znaczeniu, jak i na uroku. W całym mieście nie ma nic ciekawego poza stacjonującymi statkami, a podróż metrem zajmuje niewyobrażalnie dużo czasu. Podróż zajęła więcej czasu niż myśleliśmy, więc trzeba się spieszyć, żeby dojechać do Patry w sensownej godzinie. Dworzec autobusowy w Aten (a podejrzewam, że w całej Grecji jest tak samo) to istne piekło. Nie przystaje mówić, że to Rumunia, bo Rumunia na pewno wygląda lepiej. Chaos panujący na ciasnym dworcu przypomina bardziej Tbilisi i dworce marszrutek. Nikt nie wie skąd, dokąd, o której i za ile. Kupujemy bilety w kasie i szukamy miejsca z którego odjedzie nasz autobus. Dworzec składa się z kilku sektorów podzielonych wg regionu Grecji, kto jednak wie w jakim regionie leży Patra? Trzeba obejść całość, ale na szczęście mamy dużo czasu i znajdujemy nasz peron i bez żalu opuszczamy Ateny.
Patra to mała mieścina, jednak bardziej zadbana od stolicy. Nasz hotel, prawdziwy gwiazdkowany obiekt ze śniadaniem, stoi przy samym dworcu auobusowym. Do głównej ulicy miasta idzie się jakieś 2-3 minuty. Można tam zjeść pizzę, przepić Heinekenem i połazić w gąszczu turystów. Typowo nadmorski kurort. Zanim jednak pójdziemy spać siadamy w pubie w całkiem fajnym muzycznym klimacie i wypijemy jeszcze jedno, tym razem greckie piwo.
Poranny autobus z Patry na lotnisko Araxos to kwintesencja greckości – brak rozkładu, brak informacji o stanowisku, tabliczka Patras za przednią szybą (zresztą inne odjeżdżające autobusy też miały tabliczkę z kierunkiem Patra, może robiły koło wokół miasta) – czyli brak jakiejkolwiek informacji. Grecy są okropni, przynajmniej takie wrażenie nabyłem po tych dwóch dniach. Na lotnisku odprawiającym jeden samolot dziennie widać różnice kulturowe między Grekami a Cypryjczykami, szczególnie spora różnica widoczna była w dbałości o wygląd. Spotykamy też smutnych czarno-szarych rodaków z kartoflanymi minami. Zresztą po przyjeździe z eleganckiej Danii kontrastujący widok spoconych, byle jak odzianych Greków pozwala zadać pytanie, czy to na pewno tylko kryzys… Przecież nie stracili swojego stylu w jednej chwili.
Cypr to piękny mały kraj. Czyste i punktualne autobusy, ładne ulice i piękna słoneczna pogoda pod koniec października. Można się kąpać, z czego chętnie korzystamy. Jemy cypryjskie kebaby w ichniejszej picie, pijemy cypryjskie piwo Keo. Przylecieliśmy do Pafos, to raczej droższy kurort dla Brytyjczyków. Spędzamy tu parę godzin, a oprócz plaż do dyspozycji zostają jeszcze zabytkowe budowle – zamek i latarnia morska. Limassol to z kolei oaza Rosjan. Różnica w ilości kiczu między tymi miastami jest ogromna. W Limassol można znaleźć lokale których przesłaniem jest „Ruscy czujcie się jak u siebie w domu”. Trochę to takie Las Vegas Cypru pod względem neonów, reklam i restauracji na głównego kilkukilometrowego bulwaru. Tych wątpliwych atrakcji w Pafos nie uświadczy.
Po nocy spędzonej w apartamentach dla ruskich turystów i porannej kąpieli w Morzu Śródziemnym, jedziemy do stolicy na zwiedzanie i nocleg w kolejnym lepszym hotelu. Nikozja (czy po ichniemu Lefkosia) to bardziej administracyjne-biurowe miasto. Najciekawsze co można tu zrobić to przejść na turecką stronę. Po zameldowaniu się w hotelu poszliśmy w stronę centrum, gdzie mimo ciągłych murów granicznych, zlokalizowanie przejścia do Tureckiej Republiki Cypru Północnego nie jest takie proste. Wbrew pozorom nie ma ich tak wiele, w samej Nikozji tylko trzy. Brama Unii Europejskiej to dwie butki w stylu kiosku Ruchu. Kontrola paszportów jest tylko przy wejściu do UE, a opuszczać ją można swobodnie. Po tureckiej stronie staramy się przejść drogę do dworca autobusowego (na Cyprze nie ma wszak kolei) i upewnić się, że autobus na lotnisko na pewno kursuje o takich godzinach jakie mamy zapisane. Na ulicach jest znacznie więcej mężczyzn niż kobiet. Bidulki… Większość zabytków Nikozji jest po tureckiej stronie, a najciekawszym jest kościół przerobiony na meczet Selimiye – czyli dawna katedra św. Zofii – do którego można wejść będąc niewiernym Poza tym jest tu o więcej lokali z jedzeniem niż po greckiej części. Można wypić tureckiego Efesa praktycznie wszędzie, bo na szczęście Turcy to nie radykalnie muzułmanie i mają liberalny stosunek do alkoholu. Kolejnym plusem Północnego Cypru jest ot, że bankomaty często wypłacają w trzech walutach i mają ogólnie niższe ceny w sklepach i restauracjach. Po powrocie do Unii na ulicy Ledra – głównym deptaku Nikozji – jemy lody, pijemy piwo i trafiamy na imprezę Halloween. Parę dni przed wigilią Wszystkich Świętych przez miasto przeszedł pochód ludzi przebranych za zombiaki. Na ich czela jechał DJ. Wracamy częściowo z nimi do hotelu.
Następnego dnia po raz kolejny przyszło nam wstać o piątej, czy szóstej rano. Pokonujemy godzinny odcinek spod hotelu w cypryjskiej części do dworca w tureckiej, po drodze zahaczając o śniadanie w postaci tosta i kawy. Na autobus czeka już parę osób. Jest lekko opóźniony, ale mamy zapas czasu. Na lotnisku jak zwykle to mi trafiają się głupie pytania w stylu „Dlaczego wybrał Pan to lotnisko?”. Tak jakby mieli tutaj jakieś inne. Ercan nie ma swojego kodu IATA, bo znajduje się w nieuznawanym państwie. Loty regularne odbywają się tylko do Turcji, poza tym można lecieć z międzylądowaniem w Turcji bądź czarterem. Odlatujemy AnadoluJet do Ankary – linią wydzieloną z Turkish Airlines bazującą głównie w stolicy. Pomysł, który przydałby się w Polsce po rezygnacji LOTu z obsługi wszystkich lotnisk w kraju, poza tym jednym w Warszawie. Na pokładzie sami stewardzi, więc tym razem nie jest nam dane zobaczyć piękne Turczynki, a co do jedzenia to rozdawali tylko drobne przekąski.
Ankara to dla nas krótki lecz ciekawy epizod. Mamy niecałą dobę na zwiedzenie prawie czteromilionowego miasta, które nie jest popularnym celem turystów. Nie ma zbyt wielu hosteli, a ten który wybieramy (bo najtańszy) jest pełen emigrantów z Afryki i krajów arabskich oczekujących na wizę do Unii. Mamy w pokoju Jordańczyka, chyba Nigeryjczyka i jeszcze kogoś z Bliskiego Wschodu, ale kraju nie pamiętam. My wpadamy na jedną noc, oni siedzą tam po parę tygodni. Miasto ma swoją starą dzielnicę handlową, wartą zwiedzenia ze względu na stare budynki i klimat bazaru, oraz nowe centrum pełne gastronomii i handlu w sklepach czyli dzielnica Kizilay. Poza tym są wielkie gmachy jak Mauzoleum Ataturka, których nie mamy czasu i ochoty zwiedzać. W nowej części wybudowano jeden z większych meczetów w Turcji – ogromy jak Rynek Główny – meczet Kocatepe góruje nad miastem, choć z Kizilay jest mało widoczny i stojąc przecznicę obok nie widać go zupełnie. W okolicy można spokojnie napić się piwa, choć widać podział na knajpy bardziej europejskie i bardziej muzułmańskie już bez żadnego alkoholu. Kizilay to ważny punkt przesiadkowy, stąd jeździ metro i autobusy na lotnisko, także tutaj następnego dnia odbędą się obchody Święta Republiki – a dokładnie 90 rocznicy proklamowania państwa tureckiego. Z tej okazji kupiłem w Ankarze flagę od ulicznego sprzedawcy, przywiozłem ją do Krakowa. Ciekawie byłoby pojechać tam w 2023… może nawet z tą flagą.
Następnego dnia mamy w końcu dostać się do miasta, które było werbalnym celem tej wyprawy. Co prawda naszym celem było zwiedzenie wielu różnych miejsc w Europie i przy tym dobra zabawa, ale jak ktoś pytał gdzie jadę to najłatwiej było odpowiedzieć, że do Stambułu. W drodze na lotnisko czekało nas niemiłe rozczarowanie. Autobus, który powinien odjeżdżać co kwadrans nie pojawia się przez godzinę. Na przystanku poznajemy pewnego posła, który spiesząc się na lotnisko postanawia jechać taksówką i szuka współtowarzyszy. W tym pyta nas, jako bogatych Europejczyków. Autobus w końcu przyjeżdża, a na lotnisku spędzamy sporą chwilę, bo nasz samolot odnotował opóźnienie. W dodatku Pegasus nie ma posiłku w cenie, więc otarłbym się o śmierć gdyby nie moja zapobiegliwość i zakup kanapki, bo godzina na dojazd, pobyt na lotnisku, przelot i dojazd z lotniska do Stambułu to jakieś 4 godziny… 
Stambuł, lotnisko Sabinki (oficjalnie Sabihy Gökçen). Małe, a jednak większe od naszych Balic. Dojazd do centrum zajmuje około godziny. Miasto wtłacza się pod sam płot lotniska. Komunikacja o wiele lepiej zorganizowana niż w Ankarze. Jest 29 października 2013 r. Święto Republiki. Dziś ma nastąpić otwarcie tunelu kolejowego pod Bosforem.

Po wyjściu z lotniska kupujemy kartę miejską İstanbulkart, którą można wykorzystać na wszystkie rodzaje transportu (metro, tramwaje, promy i autobusy) i co ciekawe jedna karta może służyć również dwóm osobom. Dojeżdżamy autobusem do Kadıköy, ale nie do końca, bo właśnie z okazji święta, otwarcia tunelu i przyjazdu premiera Erdoğana pół dzielnicy jest zamknięte. Dochodzimy kawałeczek do przystani i promem Turyolu opuszczamy Azję i dopływamy do europejskiego Eminönü. Tam już pewna konsternacja – brak planu miasta – próbujemy się zlokalizować, co ułatwia schemat linii na przystanku tramwajowym. Wszystko w Google Maps wydaje się takie proste, a w rzeczywistości jest jednak trudniej. Po pół dnia mamy spore rozeznanie. Hostel jest blisko Hagii Sophii, a ta z kolei parę przystanków tramwajem. Jednak odległość ta jest miła do przejścia i z tramwaju na tym odcinku nie skorzystamy żadnego dnia. Przy przystani jest też bazar, który w większym zamyśle jest częścią dzielnicy handlowej, w której to skład wchodzi Wielki Bazar. Wszystko więc jest proste. Nie szukamy zbyt długo jadłodajni i po posiłku w pierwszym lepszym kebabie, żałujemy, bo obok jest mnóstwo dobrze wyglądających i niedrogich restauracji. Pierwszy dzień kończymy pokazem sztucznych ogni, kanapką z rybami sprzedawaną z wózka, zwiedzaniem okolic i piwem w piętrowej knajpce.
Drugi dzień to must-see day, czyli Hagia Sophia idzie na pierwszy ogień. Mega wrażenia, chociaż nie lubię zabytków, ten warto choćraz zobaczyć podobnie jak Akropol, czy dla nas Wawel. W środku jest tak przestronnie, że trudno wyobrazić sobie to jako kościół, czy meczet z setkami wiernych. Adam znalazł informację, że pomijanym miejscem są groby sułtanów, do których się wchodzi z innej strony bez biletu. Znajdujemy to miejsce i rzeczywiście warto. Niebieski Meczet niestety mamy okazję oglądać tylko z zewnątrz, bo w okolicach jesteśmy zawsze jak trwa modlitwa. Zwiedzamy Wielki Bazar – czyli drogi turysto kup u nas drożej – oraz parę meczetów, do których udaje nam się wejść. Jem rybę w restauracji naganiacza, którego spotkaliśmy dzień wcześniej – ceny są w miarę przystępne, jedzenie dobre, chlebek gratis, więc czemu nie – a głównym nacisk po pozyskaniu nas poszedł na wymuszanie rekomendacji na TripAdvisor. Na wieczór jeszcze jedziemy w bardziej arabską okolicę, wysiadamy z tramwaju na przystanku Aksaray – jest tu sporo imigrantów i napisów po arabsku, co daje zupełnie inny charakter niż poprzednio poznane dzielnice. Dochodzimy do jednego meczetu, przechodzimy przez kilka ulic handlowych i niepostrzeżenie wracamy pod przystań Eminönü. Jest miły ciepły wieczór, więc wyruszamy w inną część miasta, która zgłębimy bardziej następnego dnia. W pół roku po wielkich protestach dochodzimy na plac Taksim. Dalej są tu stałe patrole policji, ale mało kto chyba przejmuje się na co dzień tymi wydarzeniami. Chociaż dzień wcześniej w dniu święta i wizyty premiera w Stambule zorganizowano jakieś protesty. Walkę z religijnym fanatyzmem premiera Turcji chętnie bym poparł, ale jak tu dojechać na miejsce wydarzeń, przy takim terminarzu wycieczki. Od placu wiedzie spora ulica handlowa – wypijemy dwa piwa po drodze – i wracamy powoli na nocleg w hostelu bez ściany. Tym razem, spotykamy naganiacza, który mówi po polsku. Co ciekawe jego dziewczyna jest Polką, a on sam studiował na krakowskim Uniwersytecie Ekonomicznym. Wpadniemy tam może za parę lat… bo na nocne jedzenie nie mieliśmy ochoty.
Trzeci dzień to powrót do Kadıköy. Z każdego promu płynącego tutaj widać nieco zapomniany dworzec Haydarpaşa, to piękny budynek, ze śladami zniszczeń po wybuchu sprzed chyba 40 lat. Nie jest jednak zbyt intensywnie użytkowany, więc pewnie nie jest w pierwszej kolejności do remontu. Dzielnica ma swój odrębny charakter, jak chyba każda w Stambule. Jeździ tu linia zabytkowego tramwaju robiąca kółko po dzielnicy. W okolicy jeździ też Metrobus, czyli linia bus rapid transit – autobusów kursujących po wydzielonym pasie czasem częściej niż co mintutę. System jest bardzo dobrze zorganizowany, a każdy przystanek bardziej przypomina stację kolejki niż słupek z rozkładem jazdy. Sama dzielnica ma studencko-biznesowy charakter. Obiad jemy w stołówce, ale plus jest taki, że wszystkie potrawy są widoczne, więc możemy powierzyć wybór oczom i trochę też nosowi. Idziemy jeszcze nad brzeg Bosforu. Bardzo nostalgiczne miejsce, co potwierdza duża liczba par i samotnych staruszków. Stamtąd autobusem jedziemy przez pół miasta na plac Taksim. Przejeżdżamy do Europy pierwszym mostem nad Bosforem (to chyba jego oficjalna nazwa). Niestety półgodzinny korek obok stadionu Beşiktaşu,  przed samym dojazdem do placu sprawił, że nie udało się dostać tam przed zmierzchem. Tym razem znów wracamy to samą ulicą co dzień wcześniej, a po drodze oprócz piwa w tym samym lokalu kupujemy coś do Polski – kasztany i parę słodkości. Po powrocie do hostelu okazało się, że ukradziono moje klapki, to taka sytuacja, która ma ciekawy koniec.
Ostatni dzień przy stambulskich czasach dojazdu daje nam dosłownie 10 sekund na zwiedzanie, 5 minut na jedzenie, a reszta zarezerwowana jest na prom i autobus. Płynąć na azjatycki brzeg widzieliśmy delfina, który jednak umknął przed obiektywem aparatu. Na szybko jem kebaba z budki i popijam ajwarem. Wracamy na lotnisko inną, trochę dłuższą linią niż w drodze z lotniska. Przekrój całych ościennych dzielnic Stambułu od centrum po głębokie obrzeża nasuwa pytanie jak ciężko musi być z dojazdem do pracy w centrum. To tak odległość jak z Chrzanowa do Krakowa.
Na lotnisku kupuję jeszcze turecką wódkę (znów islam nie wpływa na gusta smakowe Turków) i jakiś kolejny słodki przysmak. Wracamy na bogato liniami Turkish Airlines z posiłkiem na pokładzie – wybór padł na wołowinę i czerwone wino – oraz innymi dogodnościami jak kawa, herbatniki itd. Ledwo zjedliśmy posiłki i byliśmy już na Schwechat. Wiedeń trafił się nam na deser po 10 dniach podróży. Niestety pogoda nie ta co do tej pory, bo zimno. To już 1 listopada, a stolica Austrii do najciekawszych miast świata nie należy. Łazimy trochę po centrum, jemy jakąś rybkę w siecówce Nordsee. Na koniec dnia piwo z lokalnego mini browaru i z czystym sumieniem jedziemy w okolice nowego dworca, które są znane mi i Adamowi z poprzednich wizyt a Wiedniu, jednak obaj zauważamy, że zmieniły się nie do poznania. Nowy dworzec wciąż ył w budowie. W wolne dni, albo w ogóle wieczorami Wiedeń nawet w samym centrum jest strasznie pustym miastem. Wsiadamy do PolskiegoBusa i w Katowicach wita nas już tradycyjna polska rzeczywistość. Gdzie my jesteśmy i skąd odjeżdżają autobusy do Krakowa. Szukaj człowieku o 5 ranu informacji turystycznej. Obok dworca w Katowicach był Empik, który poprzednim razem dawał jakiś punkt odniesienia, teraz doszliśmy do dworca kolejowego, a na aleję Korfantego już nie znaliśmy drogi. Autobus do Krakowa odjeżdżał z przystanku oznaczonego małym słupkiem, spod jakiegoś budynku, którego żaden nie-tubylec z niczym nie kojarzył.
Po dwóch tygodniach dostałem paczkę z Turcji z klapkami. Taki miły akcent.
10 dni po Europie z 7 przelotami to dla mnie świetna wyprawa. Powoli kończą się europejskie kierunki i wzrok kieruję na bardziej egzotyczne miejsca. Też najlepiej na 10 dni, albo więcej.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *