Przepych, albo i nie przepych… Szwajcaria

No i stało się – pierwszy wyjazd z Martynką. Zaplanowaliśmy go tuż po Bożym Narodzeniu, a cel padł na drogą w życiu, ale akurat tanią w dolocie Szwajcarię. Na miejscu wszystko kosztowało majątek, więc dwa dni to były w sam raz by liznąć trochę kraju sera, czekolady i zegarków, a jednocześnie nie biedować przez resztę roku. Hostele okazały się drogie, więc wykorzystaliśmy bliskość Francji i tańszym rozwiązaniem było wybrać dwuosobowy pokój w hotelu, a że trafił się tam basen i inne cuda w cenie hosteli nie było na co narzekać.

Zaczęło się w piątek rano, gdy wylecieliśmy szwajcarskim oddziałem easyJetu. Dzięki temu mieliśmy cały dzień na zwiedzenia miasta. Głównym celem okazało się dla nas zoo, które na znajduje się w samym centrum miasta. Zaraz po przyjeździe mieliśmy okazję skorzystać z tutejszej wolności i wypiliśmy szwajcarskie piwo na peronie 17. Kto chciał mógł zagryzać croissantem. Dało się zauważyć, że Szwajcarzy stawiają na kolej. Pociągów było mnóstwo zarówno w Bazylei jak i w Zurychu. Po wyjściu z dworca pojechaliśmy na Marktplatz, który okazał się być o dziwo tym co mówi jego nazwa, czyli targowiskiem. U nas rynki już dawno przestały pełnić rolę jakiegokolwiek rynku bo to nie godne podobno. Na rynku zajadałem się kiełbaską z bułką i musztardą – za 6 franków (20 złotych) dostałem najtańszą dostępną kiełbasę na papierowym talerzyku. i kawałek chleba. Dzięki całodziennemu biletowi poruszaliśmy się sprawnie po mieście – z Mareketplatz do zoo i jesteśmy wyłączenie na parę godzin – jak to w krajach germańskich bywa bilet całodzienny kosztuje mniej więcej 2,5 raza więcej niż bilet jednorazowy.
Zaczyna się od akwarium i rybek, meduz, koników morskich i innych dziwadeł. Potem terrarium z wężami i jaszczurkami. O dziwo w ten sam budynek wrzucili pingwiny, które czasem są wewnątrz, a czasem wychodzą na spacer. Dalej już królestwo małp – od zwinnych małych małpek, po leniwe orangutany – a najciekawsze okazują się szympansy z dziwną naroślą na tyłku. Do dziś nie odkryliśmy czy to ciąża, choroba, czy coś normalnego. Niestety słonie miały remont u siebie i zachomikowały się w ciasnej i śmierdzącej zagrodzie. Za to lwy pokazały się w całej okazałości, lwiątka zajadały się jakimś kawałkiem owcy czy żyrafy. Obok lwów postawiono coś w stylu robakarium z pająkami, termitami i mrówkami. Zoo podzielone jest przez tory kolejowe a za przejściem pod nimi czekają nosorożce, pantery i pingwiny z Afryki Południowej, czyli mała Afryka. O 16 załapaliśmy się na karmienie fok, które przyciągnęło mnóstwo ludzi jak jakaś impreza masowa. Wracając już tylko tylko zahaczamy o wybiegi dzików, kur i wilków – niestety nie ma tak bardzo uwielbianych przez Martynę lam – mimo, że na pewno jest tam więcej niż jedno zwierzę.
Po ogrodzie zoologicznym wracamy bliżej rynku, na plac Teatralny. Obok Teatru znajduje się fontanna Jeana Tinguely’ego. Zespół rzeźb napędzanych wodą. Dzieła tego artysty są obecne w kilku miejscach Bazylei. Jedziemy jeszcze zobaczyć halę targową z myślą, że będzie tam coś przystępnego do jedzenia, jednak nie jest to typowa hala ze stoiskami warzywnymi, mięsnymi itd., a raczej coś w rodzaju centrum handlowego. Objeżdżamy miasto wte i wewte, zaglądamy do różnych restauracji, aż zachodzimy pod katedrę na dość pustym placu, ale za to z ładnym widokiem na Ren. Można się przynajmniej najeść widokiem.
Powoli robiło się ciemno gdy Martyna kupiła kasztany, ale oboje mamy ochotę na jakiś większy posiłek w normalnej cenie, co w Szwajcarii jest jakimś oksymoronem. Kończy się na McD bo nawet restauracja szwajcarskiej Biedronkim czyli sieci coop jest już zamknięta. W McD wyczytuję, że przybycie do hotelu po godzinie 18 należy wcześniej zgłosić, co umila nam jazdę w tramju, gdyż jest po 19 a o informacji tej wcześniej nie doczytałem. Tramwaj linii 11 dojeżdża do St-Louis Grenze kilkadziesiąt metrów od przejścia granicznego. Tuż za granicą ceny wydają się bardziej przystępne, ale jesteśmy już najedzeni hamburgerami. W Adagio Access recepcja jest jednak otwarta. Co więcej recepcjonistka jest Polką, jak mówi po włamaniu mają otwarte całą dobę. Mamy do dyspozycji kuchnię w pokoju i basen czynny do 21. Wygody jakich rzadko mam okazję doświadczyć i to w dodatku do 11:00. Taki brak pobudki ostatnio rzadko się zdarzał, a tu nie musieliśmy nigdzie się spieszyć. Pierwszy raz spałem w sieci Accor, za co zebrałem 25 pkt. Jeszcze tylko 1975 pkt. i mogę to wymienić na 40 €. Po miłym pobycie na basenie i popijaniu winka już w pokoju, mamy okazję odpocząć przed następnym noclegiem, niestety na lotnisku.
Na sobotę koło południa mamy już kupione bilety do Zurychu. Spacerowaliśmy z hotelu około godziny, po drodze mijając fabrykę kiełbasy z outletem wędliniarskim, plac zabaw z kominem w tle, second hand ze sztuką oraz designem i parę ciekawych parków z powiewającą szwajcarską flagą. Pociągi relacji Bazylea – Zurych odjeżdżają co jakieś 30 min. Kupiliśmy bilety w obie strony za pół ceny przez Internet, a wracamy dopiero o 22:00.
Główna ulica Zurychu to Bahnhofstrasse, podobno droższa od Pól Elizejskich, ale nas wbrew wszystkiemu najbardziej zainteresował coop city z tanią restauracją w której znów trafiam na kiełbasę, a w dodatku słychać było często język polski. Nie jest to na pewno kwintesencja szwajcarskiej kuchni. W Zurychu łazimy głównie po Starym Mieście. Katedry, place, opera i parki… Piękne wybrzeże Jeziora Zuryskiego, a nad nim Ogród Chiński (zamknięty w marcu) i plac zabaw na piasku, który jest jednym z ciekawszych miejsc naszej wycieczki. Zaraz po zejściu z hamaka zaczyna kropić i w deszczu jedziemy gdzieś gdzie można by zjeść. Oczywiście nie mamy pojęcia gdzie by to mogło być. Po drodze w tramwaju psuje się wysuwany stopień, co z ichniejszą częstotliwości kursowania tramwajów powoduje pewnie nie mały korek za nami. Na szczęście przestaje padać, a my będąc już w pobliżu dworca idziemy w stronę miejsca gdzie może być jakaś restauracją. Niestety są, ale drogie, jedyne barowe miejsce to pizzeria z papierowymi talerzami i plastikowym kubkiem, no i pizzą za 80 zł. Szkoda gadać, lepiej jeździć do miejsc gdzie można czuć się bogatym i spać w luksusowych hotelach, jadać w dobrych restauracjach.
O ile w ciągu dnia wydawać by się mogło, że Szwajcaria to kraj bez bezdomnych – czyli domnych – to po zmierzchu pałętają się oni głównie po przystankach, za to na dworcu obserwujemy teatr młodzieży w różnych kolorach skóry. Jedni łażą w kółku, inni się przebierają… dilerzy, czy narkomanii.. a może po prostu znudzona młodzież. Kolejna ciekawostka tego kraju.
Nasz pociąg powrotny nie ma stacji pośrednich, więc jesteśmy w mniej niż godzinę w Bazylei. Od razu łapiemy się na autobus na lotnisko i siadamy tam spać na ławkę. W pewnym momencie pewien murzyn dość gęsto używający słowa „Allah” zostawił beztrosko swój bagaż, co spowodowało ożywioną reakcję Martyny i… nikogo więcej. Przeszliśmy na drugą stronę lotniska żeby nas przypadkiem nie wysadził.
Samolot kołował nad Krakowem z powodu mgły, ale w końcu wylądował. Tak zakończyła się nasza pierwsza wspólna podróż. 

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *