Malaga… i parę innych miejsc w Hiszpanii, Maroku i na Gibraltarze

Nie ma to jak ciepłe kraje. W lutym z Kasią i Adamem wpadliśmy na pomysł by pojechać w jakieś ciepłe miejsce. Wypadkowa ceny i atrakcyjności wskazała na lot z Krakowa do Malagi. Wystarczył jeden wieczór przy piwie i mieliśmy kupione bilety, nakreślił nam się też szybki plan wyprawy. Na początku współtowarzysze wspominali coś o posiedzeniu w jednym miejscu, ale zaraz po rezerwacji lotów zaczęliśmy myśleć o Sewilli, Gibraltarze i Maroku.
Tym razem cała koncepcja opierała się o dwa loty i częstsze poruszanie się po ziemi. Do Malagi dolecieliśmy wieczorem, więc zostało nam tylko zameldować się w hostelu, wyjść na miasto i coś zjeść, wypić, ewentualnie trochę połazić. Była noc z czwartku na piątek, po północy, a ludzi na ulicach tłum. To albo kwestia klimatu i znośnej temperatury na wyjścia właśnie po zmroku, albo ich małych piwek, których wypić trzeba mnóstwo żeby coś poczuć. Nie tylko są butelki o pojemności 330 ml, ale nawet 250 ml, a w lokalu często podają piwo w małych szklankach jak do whiskey. Kubełkiem małych butelek z tapasem z szynki uczciliśmy nasze przybycie do Malagi.

10/04/2014 17/04/2014 | Ryanair Portillo Acciona Trasmediterranea ONCF Comes ALSA | Hostel Hotel |
Galeria zdjęć z tej podróży w serwisie photobucket >>
Film z tej podróży w serwisie Vimeo >>

Piątek poświęciliśmy na zwiedzenie miasta. Odpuściliśmy Alcazabę, a skupiliśmy się na mieście i jego wartościach kulinarnych. Śniadaniem była tylko kanapka z kawą, ale później wróciliśmy na tapasy z piwem i w sumie obyło się bez większego obiadu. Poza zabytkowymi katedrami i postojem na kolejny kubełek, poszliśmy zobaczyć piękny widok na arenę do corridy ze wzgórza przy Alcazabie, a popołudniem skoczyliśmy na plażę. Po zmoczeniu nóg naszła nas ochota na alkohol i drobne przekąski. Za tapas posłużyły parówki, a z alkoholi wybraliśmy cydr. Konsumpcja odbyła się na plaży Malagueta. Na koniec dnia zjedliśmy „maszynowo” robioną pizzę za 2,5€. Pięć minut – zautomatyzowane ruchy pizzera na oczach klientów, chwila w piecu, pakowanie do pudełka – i można zjeść pizzę na placu przed Teatream Cervantesa.
Sobota to najbardziej napięty dzień – w sumie odwiedziliśmy trzy kraje – Hiszpanię, Gibraltar i Maroko. Bilet na autobus do La Línea de la Concepción okazał się tańszy w kasie niż w Internecie. Autobus wyjechał o 7:00 rano i skończył trasę blisko granicy z Gibraltarem. Zaraz za przejściem granicznym znajduje się lotnisko, a główna droga prowadzi przez środek pasa startowego. Po samym półwyspie jeżdżą autobusy dwóch przewoźników, a bilet na dwa przejazdy kosztuję niewiele mniej niż całodzienny. Dojeżdżamy do Europa Point – miejsca skąd można ostrzelać Afrykę, Hiszpanię i wszystkie statki w cieśninie. Tutaj też zginął gen. Sikorski w katastrofie lotniczej. Co ciekawe stoi tam maczet, ale powodów jego usytuowania właśnie w tym miejscu nie udało mi się odkryć. Niestety nie widzieliśmy małpek… bo przecież mieliśmy prom do Maroka o 14:00.
Wsiedliśmy do autobusu z La Línea de la Concepción do Algeciras, spacerując wcześniej po trzecioświatowych slumsach w okolicach dworca. W Algeciras rozdzielamy się – Adaś jedzie do Rondy – ja z Kasią wybieramy Maroko. Początkowo głupiejemy szukając promu – gdzie kasa, gdzie port? Mamy pół godziny do odpłynięcia promu i w końcu znajdujemy kasę. Jest napis Tanger MED 14:00 w okienku obok kasjerki, podchodzimy i… dowiadujemy się, że prom którym mamy płynąć nie wypłynął nawet z Maroka. To są Hiszpanie… Miał być podobno o 15:30, kupiliśmy bilet, bo inne promy są droższe, a najwcześnejszy odpływał dopiero o piętnastej. Kupiliśmy piwo i kanapki, doczekaliśmy do 15:20, prom przypłynął, wszyscy wsiedli, zajęli miejsc i… znów nic. Czekaliśmy do 17:00 i dopiero ruszył. Acciona Trasmediterranea to chyba najgorszy przewoźnik w czymkolwiek z jakim zatknąłem się w życiu. Na promie głównie spaliśmy, zmęczeni całym dniem, a raczej jego pierwszą połową. W końcu o 17:30 dopłynęliśmy do portu. Jak się okazało znalezienie wyjście na promie nie jest takie do końca proste i zajęło nam to parę minut. Wysiedliśmy na ziemi marokańskiej i… dowiedzieliśmy się, że nie mamy pieczątki w paszporcie. Popatrzyliśmy po sobie z miną wyrażającej tylko jedno: jakiej pieczątki do cholery? Musieliśmy wrócić na prom. Okazało się, że kontrola graniczna odbywała się w kawiarni na poziomie czwartym między kanapkami i piwem u pana ubranego w nieco za duży garnitur. Ale oczywiście pan teraz sobie wrócił do biura i jak dowiedzieliśmy się od obsługi promu przyjdzie po około pół godzinie dopiero. Była dziewiętnasta gdy opuściliśmy prom z pieczątkami, ale szybko napotkaliśmy kolejny problem. Terminal pasażerski jest jakieś 2 km od miejsca gdzie wysiedliśmy i dojeżdża się do niego autobusem takim jak na lotniskach. Tylko kiedy ten autobus przyjedzie po nas dwoje? Po jakimś niezidentyfikowanym czasie przyjechał, zabrał nas i pojechał po pasażerów innego promu, który dopiero miał przycumować do brzegu. W końcu, była może 20:15, gdy będąc w upragnionym terminalu zaczęliśmy się zastanawiać jak dojechać do miasta oddalonego jakieś sto kilometrów. Stało parę autobusów, ktoś się wypakowywał, gdzieś podjeżdżały kolejne busy. Kobieta w informacji powiedziała, że co godzinę jeżdżą autobusy Supratours (przewoźnik należący do przewoźnika kolejowego ONCF), a na pytanie o której się mamy spodziewać autobusu, odpowiedziała – patrząc na zegarek – lada chwilę. Nie muszę chyba pisać, że było po dwudziestej pierwszej jak autobus przyjechał i mieliśmy prawie godzinę jazdy przed sobą. Dojechaliśmy w okolice dworca autobusowego, kto był w Tangerze to wie, że w centrum to on nie jest. Spacerkiem, bez pośpiechu poszliśmy w stronę medyny. Po drodze ani jednego hotelu, a nocleg po dniu wrażeń by się przydał. Gdzieś jakiś drogi hotel i tyle. Weszliśmy na skraj medyny i też nic, a przeważnie w Maroku w takich miejscach jest dużo hoteli. Wróciliśmy się trochę, oddalając się od medyny inną ulicą i w końcu znaleźliśmy coś co przypominało dawny hotel z klasą, a obecnie pensjonat bez klasy/ Oceniliśmy taki stan po złotych tabliczkach z nazwą Hotel Gibraltar i zwykłych pomazianych napisach Pension Gibraltar. Cena za pokój 150 MAD. Decydujemy się na jedną noc, może jutro uda nam się nocleg w Szafszawanie, gdzie planowaliśmy być już tej nocy. Jeszcze po zameldowaniu się mieliśmy ochotę wyjść na miasta i wstąpiliśmy na dwie miętowe herbaty na placu 9 Kwietnia 1947, obok Kina Rif. Za cztery szklaneczki zapłaciliśmy 30 MAD, czyli jakieś 2,8 PLN za sztukę.
Następnego dnia mieliśmy jechać do Szafszawanu. Dzień wcześniej zrobiliśmy zdjęcie rozkładu jazdy z pięcioma kursami dziennie. Całkiem ładnie się zapowiadał ten dzień, chociaż musieliśmy go zacząć od wzięcia prysznica w lodowatej wodzie i ogólnym, typowym marokańskim brudzie. Potem jeszcze szukaliśmy czegoś do jedzenia i próbowaliśmy wypłacić pieniądze z bankomatu, co w niedzielę takie łatwe nie było. Muzułmanie są bardziej chrześcijańscy od chrześcijan. Jeśli po tym wszystkim dalej uważaliśmy, że ten dzień będzie taki jak sobie zaplanowaliśmy to na dworcu okazało się, że z pięciu kursów w rozkładzie jest tylko jeden i to o siedemnastej dopiero. Taksówka, którą polecał nam portier z hotelu, kosztowała 600 MAD w jedną stronę, co nawet po negocjacji wyszło by drogo, a następnego dnia znów trzeba się dostać na prom. Jedziemy więc do Asili, którą wrzuciłem jeszcze w Polsce jako plan B. Można się tam dostać pociągiem, w Maroku jest to w miarę pewny środek transportu. Bilet kupujemy w automacie. Pociąg zaraz odjeżdżał, więc wsiedliśmy i mieliśmy godzinę jazdy przed sobą. Słońce świeciło, koła dudniły – idealne warunki by zasnąć – a to wszystko sprawiło, że obudziłem się w momencie gdy pociąg stał na pewnej nadmorskiej stacji. Kasia zresztą też. Spytałem czy to Asila i pociąg ruszył. Spojrzałem na mapę, dość wybiórczą i następne miasto leżało dalej niż odległość z Tangeru do Asili, a do tej pory stacja pośrednia była tylko jedna., więc już nam przyszła na myśl kolejna godzina jazdy. Na szczęście kwadrans później pociąg zatrzymał się pośrodku pustkowia, gdzie najbliższego zabudowania poza dworcem nie było nawet widać. Gare Tnine Sidi El Yamani nie znajduje się również na stronie internetowej ONCF, ale za to zawiadowca stacji troszkę zdziwiony powiedział nam, że za chwilę nadjedzie pociąg w drugą stronę. Przeszliśmy na drugi peron przez pociąg z którego właśnie wysiedliśmy i za chwilę nadjechał piękny, wyładowany po brzegi skład. Stacja pośrodku niczego, mimo, że miała dworzec, kasy, toalety i pracownika nie służyła na ogół niczemu poza mijanką dwóch pociągów. W dużej części odcinek do tej pory był bowiem jednotorowy. Co do biletów, to liczba osób w środku skutecznie uniemożliwiała ich kontrolę w innym miejscu niż przed wejściem na peron, więc nikt z nas się o nie nie martwił.
Przejdę do Asili, bo w końcu do niej dotarliśmy. Miasto ciekawe, chociaż daleko mu do Szafszawanu, który pamiętałem sprzed czterech lat. Domy także są pomalowane na niebiesko, ale medyna jest mała i po dwóch godzinach zaczynają kończyć się miejsca do zobaczenia. Zostaje tażin i herbata, albo pójście na plażę jeśli pogoda dopisuje. Poza medyną miasto przypomina raczej polskie blokowisko. Najlepsze co tu jest to ocean, możliwość oglądania go z murów fortecy, leżenia na plaży czy podziwiania chłopaków skaczących do wody.
Wróciliśmy na wieczór do Tangeru w pociągu, w którym z nadmiaru pasażerów nie domykały się drzwi. Z dworca jest niedaleko do McDonald’s i plaży. Jemy Mc Szejki czy jakieś lody i obok ujścia ścieku płynącego przez miasto wchodzimy na plażę. Zeszło się tam z pół miasta. Główną atrakcją była jazda konna wśród ludzi. Nie wiem niestety jakie były ceny wynajmu konia. Pozostaje nam zapłacić za drugą noc w hotelu, bowiem rano nie natknęliśmy się na portiera, który chyba mieszka w hotelu na stałe. Spotkaliśmy go od razu wchodząc do klatki schodowej i opowiedział nam trochę o sobie. Wyszliśmy na spacer po wąskich uliczkach medyny w stronę meczetu. Obok Wielkiego Meczetu, oprócz sprzedawców trawki, było z milion hoteli. To miejsce, które powinniśmy znaleźć wczoraj. Pobłądziliśmy trochę po medynie, a na koniec wypiliśmy herbatę w tym samym miejscu co dzień wcześniej.
W poniedziałek rano pojechaliśmy taksówką na dworzec i wsiedliśmy w pociąg do portu. Na granicy spotkaliśmy typowo marokańską kontrolę bagażu – czyli nie patrzę w monitor, bo chyba tak nie wiem czego mam szukać – i po chwili byliśmy na promie. Pół godziny przed planowanym odpłynięciem, wchodzimy jako pierwsi na prom co budziło nasze najgorsze przypuszczenia. Znów mieliśmy półtorej godziny obsuwy. Udało się dopłynąć do Hiszpanii i po koło siedemnastej byliśmy w Kadyksie. Spotkaliśmy się z Adasiem. Po drodze nieśmiało grodziły nam drogę wszechobecne procesje, które już niedługo nie dadzą nam żyć. Kadyks to piękne miasto, zabytkowa część jest dość mocno skupiona na zachodniej rubieży półwyspu i łatwo ją zwiedzić podczas jednego spaceru. Niestety po siedemnastej nie łatwo znaleźć otwartą restaurację, a byliśmy głodni niemiłosiernie. Gdy w końcu na coś trafiliśmy wybór nas wszystkich padł na sardynki i małe piwo. Być nad morzem i nie jeść ryb to bowiem zbrodnia. Przed zachodem słońca poszliśmy na plażę. Odważyłem się wykąpać, a reszta tylko zamoczyć kostki. Na plaży spotykamy samotnika z długą brodą. Rozkładał namiot przed zmrokiem. Może kiedyś odważę się zagadać i spytać o historię takiego człowieka. Wieczór to jeszcze jedno piwo w lokalu i parę przeciętych tras procesji. W hostelu po dwóch dniach przerwy znów mieliśmy wymarzony wypoczynek w z ciepłą wodą pod prysznicem.
Z Kadyksu mieliśmy pojechać do Sewilli z kierowcą znalezionym na BlaBlaCar, ale nikt nie oferował dobrych godzin przejazdu, więc wybraliśmy autobus już pod wieczór. We wtorek został nam więc czas na dokładne zwiedzenie miasta, zjedzenie ichniejszych słodkich przysmaków, wypicie kawy, znalezienie sklepu z żelkami i najważniejsze, czyli zobaczenie hali targowej. Świeże ryby, owoce morza, mięso, warzywa i owoce, a nawet krawca można było tam spotkać i wszyscy mieli takie same stoiska. Najlepsza część dla mnie to stoiska z rybami i owocami morza. Tan zapach… Szkoda, że u nas nie ma nawet takiej hali ze stoiskami z mięsem. Po przyjemnościach związanych z halą, poszliśmy na plażę i odkryliśmy całkiem przyjemny park nad brzegiem, ze sztucznymi potworami i dla nas nieznanymi roślinami. Spędziliśmy jeszcze trochę czasu na plaży. Tym razem nie było już samotnika z brodą. Woda była za to taka sama jak dzień wcześniej, ale za to powietrze już o wiele cieplejsze. Jedno piwo w małej puszce i godzina odpoczynku nam spokojnie wystarczyła. Dworzec autobusowy mieścił się w baraku, więc chętnie zwiedziliśmy nowy budynek dworca kolejowego czekając na autobus. Podczas wsiadania okazało się, że parze Anglików kasjer sprzedał bilet na relację Sewilla-Kadyks, zamiast odwrotnie.. ach ci Hiszpanie.
Sewilla to już o wiele większe miasto niż Malaga. Z dworca do hostelu szliśmy koło godziny. W tym mieście procesje były mniej znośne. Nie dało się w wielu miejscach przejść na drugą stronę ulicy z ich powodu. Hostel, był za to kwintesencją idei schroniska młodzieżowego. Dwudziestołóżkowy pokój z łazienką, w dodatku kuchnia, taras i sala do życia. W recepcji można było kupić litrowe piwo za 2€. Można więc spokojnie spędzić tam czas siesty następnego dnia. Wieczorem wyszliśmy na miasto, trochę zmęczeni już. Znów procesje, więc nie mogliśmy iść gdzie chcemy. Doszliśmy trochę przypadkiem do Plaza Mayor z ichniejszym Parasolem. Konstrukcja budzi mieszane uczucia. Z jednej strony ciekawe podejście do przestrzeni miejskiej i całkiem ładny projekt. Z drugiej jednak strony słaba realizacja, niefunkcjonalne otoczenie i wszędobylskie śmieci. Było dla nas zaskoczeniem, że Parasol skończyli zaledwie trzy lata wcześniej i to nie tylko dlatego, że ze względu na jakość wykonania wyglądał na starszy, ale też zdziwiło nas, że w środku kryzysu Hiszpania byli w stanie wydawać pieniądze na takie fanaberie. Wieczór skończyliśmy skromnie jakimś winem w hostelu.
Następnego dnia poszliśmy zwiedzić okolice Plaza de España, czyli miejsca wystawy IberoAmerykańskiej z 1929 roku. Po drodze jeszcze przeszliśmy obok katedry i niespodzianką był dla nas pomnik Jana Pawła II, na szczęście nie zaprojektowany przez Czesława Dźwigaja nadwornego rzeźbiarza miasta Krakowa. Zahaczyliśmy jeszcze o tutejszą arenę do corridy i poszliśmy wzdłuż rzeki Gwadalkiwir na obiad do hostelu. Była tam kuchnia więc postanowiliśmy już dzień wcześniej, że coś ugotujemy. Makaron, papryka, sos i wino… to wszystko za 2,5 € na osobę. Pech chciał, że w tym samym czasie przyrządzali swoją pastę goście z kraju o większej tradycji kulinarnej i przy ich gotowaniu wypadliśmy słabo. Jednak własne smakuje najlepiej. Po obiedzie poszliśmy wzdłuż rzeki w stronę mostu Puente del Alamillo autorstwa Calatravy zbudowanego z okazji Expo 92. Tereny wystawy znajdowały się po drugiej stronie rzeki. Dwudziestoletnie ruiny tuż obok zabytkowego centrum miasta. Wróciliśmy w okolice Plaza Mayor na piwo i przypieczętowanie naszego pobytu w Sewilli ucztą w tapas barze sprzedającym wszystko za jedno euro. Przyjemnie je się male potrawy nie wiedząc co to dokładni jest.
Następnego dnia, po tygodniu podróży wsiedliśmy rano do autobusu jadącego na lotnisko w Maladze. Port lotniczy imieniem Picassa składa się ze starego i nowego terminalu. Stara część ma klimat czasów generała Franco i w niczym nie przypomina naszych lotnisk z dawnych lat. Odlecieliśmy do Krakowa, wziąłem ze sobą puszkę kalmarów, marokańską miętę i czekoladę.
Hiszpania to kraj ludzi, który raczej się nie śpieszą. Można się na nich wkurzyć, a szczególnie łatwo przychodzi to w czasie gdy proszą o pomoc finansową innych. Z takim podejściem o kryzys finansów nietrudno.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *