Berlin, Berlin, Berlin… Nein, nein, nein…

Tak, tak, tak… w końcu ciekawe połączenie PolskiegoBusa z Krakowa. Wystarczyło wejść na stronę i nie mogłem tego odpuścić – bilety za 40 zł w obie strony na długi weekend majowy. Kupiłem je z myślą o prezencie walentynkowym dla Martyny. Jechaliśmy bowiem razem. Przez długi czas kusiło nas by pojechać gdzieś dalej, do jakiegoś Hamburga, czy innego Deutschburga, ale w końcu trzy dni to nie tak dużo, a z Berlina nic aż tak bardzo ciekawego w zasięgu paru godzin jazdy i 10 euro ceny nie ma. Mając już dwa pewne noclegi w Berlinie, zarezerwowaliśmy więc trzeci nocleg na Kreuzbergu i z Berlina wyjechaliśmy tylko do Poczdamu.

Wyjeżdżaliśmy w czwartek 1 maja z samego rana. Od paru dni  mocno świeciło słońce i pogoda na weekend wydawała się wymarzona. Wsiedliśmy do klimatyzowanego autobusu, ale w Katowicach już klima ledwo wydalała. Korki w miastach, korki na autostradzie… aż do samych Niemiec. Wystarczyło przejechać granicę i zaczęło na dodatek padać. W Berlinie zrobiło się już nie tylko mokro, ale i wietrznie. Było popołudnie i chcieliśmy się jak najszybciej zameldować w naszym hostelu, który wyglądał jak biura wielkiej korporacji, albo fancy restauracja. Wyszliśmy na miasto zjeść coś w pobliskiej hinduskiej knajpce i powoli zaczęło robić się ciemno. Poza zwiedzeniem najbliższych okolic Friedrichstraße, czyli od hostelu po dworzec, obok budynku z wielkiej płyty przypominającego burdel, byliśmy tylko na chwilę pod Bramę Brandenburską, Reichstagem i z powrotem wróciliśmy przez Hauptbahnhof pod hostel z zapasem ledwie jednego piwa do wypicia. Tak skończył się głównie spędzony na transporcie pierwszy dzień wycieczki.
Następny dzień okazał się być jeszcze bardziej deszczowy i chłodny. Wyszliśmy na miasto, ale po chwili woleliśmy wrócić do hostelu. Martyna została na chwilę odpoczynku, a ja sam wyszedłem na szybki spacer w kierunku Alexanderplatz, gdzie ktoś a to skoczył z bungee, a to był tam festyn, a sam w tej atmosferze skusiłem się na wursta z mobilnego grilla przypiętego do brzucha pana sprzedawcy. W końcu zrobiło się sucho na mieście i pojechaliśmy razem z Martyną coś zjeść. Po drodze znów Brama, Reichstag, pomnik ofiar komunizmu i przez berlińskie ASP przeszliśmy do pomnika Pomordowanych Żydów Europy. Trochę zabawy w chowanego, parę zdjęć i na prawdę zgłodnieliśmy. Obok jest mnóstwo knajp przypominających Mielno, albo inną Łebę i ichniejsze smażalnie ryb z supermarketu. Otóż, we wszystkich lokalach serwują to samo – odgrzewaną pizzę, kebaby, wursty i schnitzle – we wszystkich mają naganiaczy i mówią coś po polsku. Wszystkie są w miarę tanie i chyba wszystkie mają równie nie dobre żarcie. Skończyliśmy na kebabie z piwem Efes – był w końcu wieczór i nie chciało nam się szukać dalej. Po obiadokolacji, poszliśmy na Potsdamer Platz zrobić sobie zdjęcie z fragmentem muru. Metrem pojechaliśmy do hostelu, znów z piwem na kolację.
Trzeci dzień miał być bardziej intensywny. W końcu zrobiło się słonecznie, mieliśmy spotkać Anię, a w planie doszło nam nocne zwiedzanie kopuły Reichstagu oraz nie nawiedzonych do tej pory przeze mnie pozostałości muru berlińskeigo. Martyna była po raz pierwszy, więc dla niej wszystko było nowe.
Niestety pierwszą kłodą pod nogi, spowodowaną moim gapiostwem i brakiem internetowej rezerwacji, była kolejka po bilet do Reichstagu. Dwie godziny wyjęte z życia, a na miejscu wypite piwo i zjedzone frytki w oczekiwaniu na swoje dwie minuty rezerwacji. Przy Bramie Koreańczycy spotkali się prawdopodobnie by uczcić pamięć ofiar katastrofy promu, który zatonął parę tygodni wcześniej.
Na szczęście zaraz po odstaniu całej kolejki, pojechaliśmy na Nordbanhof. Obok niego jest Muzeum Muru Berlińskiego ze sporym zachowanym przekrojem granicy – od muru, po ogrodzenia wewnętrzne, drogi patrolowe, po wieże strażnicze – gdzie można sobie poleżeć na słońcu. Na ternie dawnej strefy granicznej powstały też nowe budowle, jak kaplica z gliny. Spotkaliśmy się tutaj z Anią, która przyjechała na weekend do Berlina. Zaproponowała inny kawałek miasta, gdzie też jest zachowany mur, czyli okolice Warschauer Strasse. To takie berlińskie Zabłocie Akurat jechał tam bezpośrednio tramwaj z najbliższego przystanku, mimo, że to dość odległy kawał miasta. Na miejscu jest dużo hipsterskich knajp, burgerów, automatów do zdjęć. Trochę nie pasuje tam mainstreamowa O2 Arena, czyli taka berlińska Kraków Arena. Spotykamy tu chłopaka Ani, prawdziwego Niemca, który poleca coś do jedzenia, ale niestety nie jest to nic lokalnego, tylko kolejna indyjska knajpa. Mi się trafiło coś dobrego, ale potrawa Martyny była mocno rozgotowana. Ania jechała na urodziny, więc pożegnaliśmy się z nimi i poszliśmy do hostelu, który znajdował się dwie stacje dalej. Okazał się być bardziej w duchu „hostelowania” niż poprzedni na parterze biurowca. Duże pokoje, ale i wspólna przestrzeń socjalna była dość spora. Każdy pokój przypisany był jakiemuś krajowi, my spaliśmy we Włoszech.
Pojechaliśmy do Reichstagu. Byłem tu po raz trzeci, Martyna po raz pierwszy. Nigdy nie skusiło mnie by przyjść tu w środku dnia. Widok jak zwykle piękny, a tekst już znałem na pamięć, tu taki budynek, tam klinika Charite. Co ciekawe wcale nie byłem w wielu miejscach Berlina – ani na Wyspie Muzeów, ani w Zoo – nie zwiedziłem też pewnie wielu miejsc o których nawet nie słyszałem. Z Reichstagu pojechaliśmy pierwszym lepszym autobusem, który akurat jechał w stronę dworca Zoo. W tym miejscu też byłem pierwszy raz. Był tu jeszcze przez parę minut otwarty sklep sieci Hit, która to kiedyś miała hipermarkety w Polsce, a potem została przejęta przez Tesco. Było tuż przed 22:00 więc staraliśmy się spieszyć, ale tempo zamykania sklepu mieli naprawdę imponujące. O 22:02 już połowa oświetlenia w sklepie była zgaszona, a kasy nie przyjmowały kart. Udało nam się znów kupić piwo na wieczór i wsiedliśmy w U-Bahna by dojechać do Görlitzer Bahnhof. Nie było już dzieci z dworca Zoo, ani im podobnych. Za to na Kreuzbergu roiło się od chłopców, którzy chcieli sprzedać narkotyki, albo siebie. W hostelu wypiliśmy jedno piwo, a że spaliśmy przy oknie, które nie miało żadnego sensownego zamknięcia, musiałem się jeszcze na głowić by je zamknąć i obudzić się rano bez kataru.
Ostatniego dnia pojechaliśmy U-Bahnem  do Poczdamu. Jechaliśmy prawie przez całe miasto, by w końcu dojechać do chłodnej stolicy Brandenburgii. Na dworcu z ciekawości zjadłem hamburgera z sosem curry, który serwują w niemieckich McD, ale nie wyglądał on apetycznie. Przy dworcu wsiedliśmy w lokalny autobus bo w końcu bilet na wszystkie strefy trzeba było jakoś wykorzystać. Dojechaliśmy pod młyn i na chwilę przystanęliśmy przy polskiej grupie z przewodniczką, która coś poopowiadała, ale nie umiałem za bardzo się na tym skupić. Obok młyna jest główna atrakcja Parku Sanssoucci, czyli Pałac Sanssouci. Budowla w stylu rokoko nie jest zbytnio dopieszczona i odremontowana. Po Niemcach można było spodziewać się więcej, ale dobra, to dawne NRD i pewnie mieli inne priorytety. Jednak sam park robi już bardzo pozytywne wrażenie. Przede wszystkim jest ogromny. W Krakowie czasem mam wrażenie, że kwietnik otoczony trawnikiem jest czymś wielkim, a tam widać, że przed wiekami nie ograniczali się w swojej megalomanii . Na końcu głównej alejki jest druga największa budowla parku, czyli Nowy Pałac, to już barokowa budowla. Właśnie spod niego pojechaliśmy do centrum kolejnym autobusem. Poczdam ma dobrze rozwinięta komunikację tramwajową, ale do wielu miejsc dla turystów dojechać można tylko autobusem.
W centrum Poczdamu jest też Brama Brandenburska. O wiele mniejsza od tej w Berlinie, ale również zajmuje ważne miejsce na planie miasta. Niedaleko Bramy jest przystępna cenowo knajpka z currywurtem i kebabem. W końcu po trzech dniach pobytu w Niemczech miałem okazję spróbować tego lokalnego specjału. Smakuje całkiem dobrze, nie jest kiełbasa podobna do naszej, ale wcale nie gorsza. Lokal jest oblegany przez „tańszych” turystów, albo może lepiej powiedzieć oszczędniejszych. Spotykaliśmy sporo Polaków. Stamtąd pojechaliśmy tramwajem do dworca i to jedyna nasza przygoda z tym środkiem transportu w Poczdamie. Na dworcu większość sklepów była nieczynna. To w końcu niedziela. Powoli kończył nam się bilet 72-godzinny, a chcieliśmy jeszcze zobaczyć Pałac Charlottenburg.
Z Poczdamu dojechaliśmy do dworca Zoo. Mieliśmy jeszcze czas by przejść się po okolicy, co nie było łatwe, bo w tym samym Hicie co wcześniej, kupiliśmy dużo piwa (do domu i na drogę) i jakieś inne rzeczy dla znajomych. Ja, z sześciopakiem piwa, dwoma butelkami na drogę i parówkami do jedzenia chodziłem bez większego wysiłku, ale Martyna miałaa jednak dość. Poszliśmy pod Kościół Pamięci – symbol II wojny światowej – z jedną wieżą zbudowaną w miarę współczesnym stylu, a drugą, lepiej zachowaną zostawiono nienaruszoną jako symbol. Kościół jest od paru lat w remoncie. To już prawie 60 lat od jego odbudowy, więc może stać się nie tylko symbolem, ale i ważnym zabytkiem. Niedaleko stoi rzeźba o nazwie Berlin, symbolizująca podział miasta murem. Obok stoi dom towarowy KaDeWe, do którego ponoć waliły tłumy z Berlina Wschodniego zaraz po upadku muru.
Autobusem spod Dworca Zoo dojechaliśmy w końcu pod Pałac Charlottenburg, który wydaje się dość podobny do Sanssouci. Ma dużo zieleni w otaczającym go parku. Też nie do końca jest zadbany tak jak powinien. Toaleta jest płatna, za to jest pani, która otwiera każdemu drzwi wejściowe. Stamtąd udaje nam się podjechać jeszcze dwa przystanki przed utratą ważności biletu. Z okolic Westendu mamy jakiś kilometr na dworzec i półtorej godziny do odjazdu. Nie mam więc powodu się spieszyć. Ulica prowadząca wzdłuż berlińskiej obwodnicy zamieszkana jest raczej przez biedniejszych mieszkańców. Głównie przez hałas z autostrady. Przechodzenie nad szeroką drogą wiaduktem jest nieprzyjemnie, a przecież bogaci Niemcy mogli zbudować tu tunel i zagospodarować ten teren na park. Na dworcu było już sporo naszych współpasażerów. Ledwo wsiedliśmy do autobusy zajmując te sama miejsca co w drodze do Berlina, a mój pęcherz kazał mi sprawdzić działanie toalety. Nie było w niej wody. Na szczęście nie musieliśmy z niej więcej korzystać. Zasnęliśmy szybko jadać spokojnie niemiecką autostradą i dopiero przejazd przez granicę nas obudził. To słynna A18 z płyt betonowych, które pamiętają jeszcze czasy Hitlera. Poza tym PolskiBus przez przystanki w Opolu i Katowicach jedzie z Wrocławia do Krakowa ponad cztery godziny, a możliwe, że to było i pięć godzin. No, ale jak się płaci 20 zł za bilet w jedną stronę to nie ma co narzekać.
Berlin to drugi wyjazd z Martyną i trzeci mój pobyt w tym mieście. Wydaje mi się, że jest tam dużo do zobaczenia i to takich miejsc o których nawet nie słyszałem. Podobnie jak Paryż (przez wielu nielubiany) czy Londyn to taka metropolia do której można wracać i za każdym razem świetnie się bawić i poznawać coś nowego. To dość ważne, bo podczas zeszłorocznego krótkiego pobytu w Mediolanie, stwierdziliśmy ze Sławkiem, że w sumie to już obaj byliśmy tu i lepiej pojechać do jakiejś Werony… 

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *