Albanejros, albanejros…

Po tylu latach wożenia się w ciepłe kraje w takich miesiącach jak listopad, marzec czy najwyżej maj w końcu nadszedł ten moment by pojechać nad morze w szycie sezonu. Planowaliśmy środek wakacji na urlop od dawna, a że nasi znajomi również myśleli o tym samym terminie i kierunku, postanowiliśmy połączyć siły. Przez Słowację, Węgry, Serbię i Macedonię dojechaliśmy do Albanii, a wracając zahaczyliśmy jeszcze o Czarnogórę.

Start miał być ostry. o trzeciej rano wyjechaliśmy z Krakowa i chcieliśmy zajechać na nocleg w Serbii. w miarę szybko przejechaliśmy przez Słowację i Węgry, by stanąć w korkach na serbskich autostradach. Na obiad zatrzymaliśmy się w Belgradzie. Jedzenie co prawda nie było lokalne, ale mogliśmy sobie pozwolić na luksus stołowania się w restauracji w samym centrum miasta. Belgrad czasem nazywany jest jedną z piękniejszych stolic Europy, ale byłem tu drugi raz i mam wrażenie, że ktoś był wcześniej tylko w Warszawie. Jest co prawda piękny widok na Dunaj z twierdzy Kalemegdan, trochę muzeów i starych budynków, ale nie ma porównania do choćby Budapesztu czy moim zdaniem nawet Sarajewa. Chyba tylko dzielnica Zemun wyróżnia się pozytywnie, szczególnie w otoczeniu monumentalnego Nowego Belgradu. Ruszyliśmy dalej stojąc niemalże w niemiłosiernym korku na bramkach. Po zmroku wyjechaliśmy z płatnego odcinka drogi w okolicach Nišu. Szukaliśmy jakiegoś motelu, ale w pierwszym lepszym nie było już wolnych miejsc i dopiero w następnym Motelu Džep znalazł się trzyosobowy pokój do którego zmieściliśmy się w czwórkę.
25/07/2014 04/08/2014 | Samochód | Motel Pokoje gościnne Namiot |

Każde łóżko po całym dniu w drodze byłoby zbawienne, więc rano w dobrych humorach zaczęliśmy dalszą część podróży. Pierwszym celem było Skopje, drugim Ochryda. Tuż za granicą macedońską znów natknęliśmy się na korek prze autostradowymi bramkami. W Skopje większość atrakcji turystycznych dopiero się buduje. Macedończycy mają pomnikomanię na punkcie Aleksandra Wielkiego i Matki Teresy. w centrum nie ma chyba miejsca, w którym jedna Matka Teresa nie spoglądałaby na jakiegoś Aleksandra. Dodatkowo stawiają mnóstwo „stołecznie” wyglądających gmachów z administracją, bibliotekami i uczelniami, które mają zapełnić centrum miasta. W Skopje zjedliśmy kebaba w restauracji serwującej tylko kebab. Na 99% jest to knajpa, w której Makłowicz jadł oczywiście kebaba w odcinku o Macedonii. Przez następne parę godzin sunęliśmy przez górskie drogi do Ochrydy, spotykając na światłach żebraków i myjących szyby samochodowe płynem do mycia naczyń.

W Ochrydzie nocleg znalazł nas sam. Chodząc po mieście, zagadał nas mężczyzna z córką, który miał osobne mieszkanie pod wynajem. Bierzemy bez namysłu. Nocną Ochrydę zdominował widok oświetlonej cerkwi św. Jana Teologa w Kaneo. Wracając ze spaceru po mieście chcieliśmy kupić piwo, ale po dwudziestej drugiej nie można sprzedawać alkoholu. Obeszliśmy się smakiem tego wieczoru.

 

W niedzielę w końcu jest okazja zamoczyć nogi w przejrzyście czystej wodzie najstarszego i najgłębszego zarazem jeziora w Europie. Dwadzieścia metrów przejrzystości wody! To daje możliwość przetestowania rurek do oddychania, które kupiliśmy na ten wyjazd. Typowo wakacyjne nicnierobienie, aż wstyd. Po południu nawet skusiliśmy się na rowerek wodny. Popłynęliśmy pod wspomnianą już cerkiew, trochę poskakaliśmy po skałach i ponurkowaliśmy jak to dzieci. Żal nie korzystać. Wieczorem, już z wiedzą o nocnej prohibicji kupiliśmy alkohol wcześniej i poszliśmy zwiedzać miasto pełne turystów.

Po jednym dniu lenistwa znów mieliśmy spędzić większość dnia w drodze. Po wcześniejszym odwiedzeniu targu (znanemu dzięki Robertowi Makłowiczowi), na którym kupiliśmy jakieś gumijagody (dziwny owoc przypominający maliny), paprykę i czosnek, ruszyliśmy do Albanii. Droga do granicy już nie wyglądała jak autostrada. Pierwszy kontakt z Albanią daje mocno do zrozumienia, że wjeżdżamy do kraju, gdzie psy szczekają dupami. Chociaż teoretycznie jest to bogatszy kraj od Serbii, to niestety nie widać tego na ulicach. Do tej pory nie wiemy dlaczego co paręset metrów była tam myjnia samochodowa. Na obiad standardowo dojechaliśmy do stolicy.Tirana nie ma jednak zbyt wiele do pokazania. Jest pomnik, muzeum i wieża zegarowa godna miasta wielkości Tarnowa. Nie ma za to dworca kolejowego w centrum, ani żadnej większej zagranicznej sieci sklepów (to może i nawet dobrze). Znaleźliśmy restaurację z owocami morza i za jakieś śmieszne pieniądze zjadłem ośmiorniczkę. Albańską autostradą pojechaliśmy aż do Durrës, w którym początkowo planowaliśmy spędzić parę dni, ale miasto przypomina bardziej Pjongjang albo inny socjalistyczny Sajgon, niż nadmorski kurort. Poza tym woda w kolorze brunatnym nie przypominała tej z Jeziora Ochrydzkiego. Postaliśmy chwilę rozkoszując się klimatem miasta i ruszyliśmy na południe. Standardowa albańska autostrada to dwujezdniowa droga bez żadnej dodatkowej infrastruktury typu barierki, ogrodzenia, czy jakieś zatoki. Wjechać i zjechać można z niej teoretycznie w każdym miejscu, po prostu przejeżdżając przez pas zieleni. Jeśli gdzieś następuje koniec tej szerokiej drogi to odbywa się to dość nagle przez co ze 120 km/h trzeba zmniejszyć prędkość do 40 km/h w przeciągu 200 metrów. Po lekkim błądzeniu skręciliśmy w stronę morza i trochę po omacku dojechaliśmy do Spille, miejscowości z paroma hotelami i obiektami noclegowymi mniejszej skali. Trzy sklepy zapewniały turystom prowiant w cenach droższych niż w Polsce, za to wszystko pochodziło z importu. Nawet papier toaletowy wyprodukowano w Turcji. Znaleźliśmy nocleg u małżeństwa, które oferowało pokoje do wynajęcia w swoim, niedokończonym oczywiście, budynku bez dachu. w Albanii chyba 90% budynków czeka na dalszą rozbudowę po to żeby unikać podatków. Przed budynkiem pasła się krowa, a w piwnicy funkcjonował bar z bilardem. Warunki w stylu „make life harder” nie przeszkodziły nam zasnąć wygodnie. Nie mieliśmy toalety w stylu europejskim, a jedynie dziurę w podłodze. Brakowało detergentów do umycia garnków czy sztućców, co trochę obrzydzało korzystania z dobrodziejstw kuchni, a ponadto herbata po zalaniu wodą zrobiła się dziwnie brunatna.

Drugi po ochrydzkim leżakowaniu luźny dzień to dla mnie pierwszy po piętnastu latach dzień spędzony na nadmorskiej plaży. Wcześniej było to w Stegnie, jeszcze na rodzinnych wakacjach. Zachody słońca, ryby w smażalni… a teraz na własny rachunek z Martyną mamy okazji zrobić to ponownie. Zachód słońca widzieliśmy dwukrotnie. Ryba co prawda nam nie wyszła, bo to co było wg kelnera „fishem”, okazało się być krewetkami. Ale dzień na plaży był beztroski jak dawniej, a jeszcze do tego rozbiliśmy się obok baru plażowego w którym nie było… klientów. Plażowaliśmy dobry kilometr od miasta, gdzie nie było już nikogo oprócz nas, a mimo to stał tam bar ze stolikami. Po plażowaniu pozwiedzaliśmy okolice i wieczorem sączyliśmy piwo z najstarszego chyba browaru w Albanii powstałego w latach 60. XX wieku. Kolejne to roczniki powstałe w latach dziewięćdziesiątych.

To co wydawało się tu niemożliwe, czyli deszcz, obudziło nas w czwartkowy poranek. i tak byliśmy spaleni słońcem, więc kolejnego dnia na plaży nie planowaliśmy. Poszliśmy w góry. Po drodze powłóczyliśmy się po nędznej albańskiej wsi. Domy często nie miały wykończonego parteru, a tylko na piętrze były okna i ściany. Wszędzie latały psy i dzieci. Doszliśmy do słynnych albańskich bunkrów Envera Hodży. Prawdopodobnie zaraz po zbudowaniu bunkry i cała infrastruktura otaczająca zaczęły popadać w ruinę. Beton jest mocno popękany, a drogi zarośnięte, więc listo UNESCO przybądź i ratuj! Wieczorem próbowaliśmy jeszcze zagrać w siatkówkę plażową, co było dość trudne przy sporej licznie żebrzących Romów, ale i tak od nich okazał się gorszy wiatr. Morze było mocno wzburzone i zanosiło na burzę. w tej romantycznej atmosferze wróciliśmy do pokoju.

Po śniadaniu wybraliśmy się nad Jezioro Szkoderskie, największe na Bałkanach. Nie mieliśmy planu i najpierw minęliśmy Szkodrę, po czym już nad jeziorem zdecydowaliśmy się wrócić do miasta po zapasy. Szkodra wygląda o wiele lepiej niż Tirana, czy Durrës, a mieszkańcy nawet chcieliby się przyłączyć do Włoch. Pierwszy raz w Albanii zrobiliśmy zakupy w sklepie przyjmującym karty i z oznaczonymi cenami na półkach. Zaskoczył nas wybór alkoholi, szczególnie kolorowa pstrokatość etykiet na wódkach. Miasto szczyci się działalnością na przełomie XIX i XX w. włoskiego fotografa Pietro Marubiego. Oprócz muzeum jego imienia na każdym niemal kroku, odtworzone są jego fotografię z danego miejsca.
Nad samym jeziorem spędziliśmy dwie nocy. Mimo, że odjechaliśmy spory kawałek od wioski to i tak spotkaliśmy mnóstwo tubylców. Rybacy, pasterze i przede wszystkim dzieciaki… które okazały się najbardziej irytujące. Lokalne rybołówstwo opiera się na połowach z małych łodzi i na pozostawioną na dnie żyłkę z przynętą i haczykami. w nocy po ciemku wystraszył nas jeden z rybaków, który bez żadnego światła podszedł do nas prawie bezszelestnie ze złowionym karpiem. Na szczęście nie miał złych zamiarów.

Rano zostaliśmy z Martyną sami, gdyż pozostała część ekipy pojechała w góry. Nie mieliśmy za dużo jedzenia, ale i tak dzień spędziliśmy na pływaniu, plażowaniu i pływaniu… czyli bezwysiłkowo. Dopiero późnym popołudniem postanowiliśmy przejść brzegiem na pole namiotowe, które znajdowało się „jakiś kilometr” od nas. (W rzeczywistości było to 2,5 km i to w linii prostej. My byliśmy tu, a pole namiotowe tu). Wydawało się to proste, natomiast wykonanie wyszło nam nie najlepiej. Zeszliśmy z brzegu, którym już po parudziesięciu metrach od namiotów, nie dało się przejść. Pola otaczające jezioro były często przedzielone rowami melioracyjnymi, a wszystkie wsie rozłożone były tylko wzdłuż równoległych dróg łączących autostradę z jeziorem. Nie było żadnej drogi w poprzek. Przeszliśmy jakoś pola ze stadem krów, pokonaliśmy błotnisty rów i spotkaliśmy dzieci, które uparcie twierdziły że na pole namiotowe przejść można tylko autostradą… Byliśmy lepsi i szliśmy dalej, mimo widoku martwego węża w jednym z rowów. Odchodziliśmy coraz dalej od brzegu, aż w końcu sytuacja stała się jednoznaczna. Minęła godzina, zmrok coraz bliżej, cel niezdefiniowany dokładnie, więc trzeba wracać. Znów wydało nam się, że szybciej będzie iść brzegiem. Niestety na samym brzegu trawa była coraz wyższa, a w Albanii są węże zarówno wodne jak i lądowe. w tej części jeziora rosły też pałki wodne, więc jedyną sensownym rozwiązaniem było brodzić, ale za tymi zaroślami. Trzymałem wszystkie rzeczy w rękach, bo woda dostawała mi już ponad kieszenie, wywrotka w takim miejscu była pięknym podsumowaniem porażki. Miałem przy sobie paszport, portfel, telefon i aparat. Mijaliśmy coraz więcej zarośli, aż w końcu dotarliśmy do ujścia jednego z kanałów, a może była to jakaś rzeczka. Na jej drugim brzegu były łódki rybaków i droga do cywilizacji, jednak dno było coraz głębiej. w dodatku roślinność przy ujściu była większa, a to oznaczało, że nie zobaczymy kryjących się tam węży. w niemałym strachu i bez jednego japonka na mojej nodze w końcu dotarliśmy do brzegu i drogi. Teraz tylko został nam powrót polami do namiotów. Bez buta szło mi się trochę wolniej, gdy doszliśmy do namiotów Wojtek z Karoliną już wrócili z gór. Byli otoczeni kilkoma młodzikami i jednym lokalnym pijaczkiem, którzy nie dali nam spokoju, aż do zmroku. Nic nie chcieli, mało mówili. Stali tylko i się patrzyli. Matki pewnie kazały im wrócić przed zmrokiem bo właśnie odjechali zanim zrobiło się ciemno. My rozpaliliśmy ognisko i grzaliśmy to co nam jeszcze zostało.

O poranku wyruszyliśmy w drogę do Czarnogóry. Mieliśmy dojechać na noc do Budvy. Przed granicą chcieliśmy wydać resztę waluty. Niestety o ile liczba myjni samochodowych jest równa liczbie samochodów, to liczba sklepów jest równa chyba liczbie albańskich samolotów. Zatrzymaliśmy się przy jednym z nielicznych sklepopodobnych bytów i kupiliśmy wino i chrupki. Oprócz tego mieli jeszcze cement i jakieś butle z gazem. Oczywiście jak już kupiliśmy na siłę te chrupki, które zastąpiły nam śniadanie zaledwie parędziesiąt metrów dalej minęliśmy prawie, że supermarket z uginającymi się pułkami.

Czarnogóra zaprezentowała się nam niczym w filmie „Casino Royale”, mimo że Bonda tak naprawdę kręcili w Czechach. Równe drogi, ładne krajobrazy. No może poza okolicami Podgoricy, która przypomina typowo postsocjalistyczne miasto. Jechaliśmy brzegiem Jeziora Szkoderskiego, które w tym kraju jest zagospodarowane turystycznie. Są hotele, pensjonaty, tarasy widokowe i restauracje, czyli rzeczy niespotykane w Albanii. Minąwszy jezioro wjechaliśmy w góry, które były jeszcze bardziej malownicze. Zjechaliśmy z gór w okolicach miejscowości Petrovac i ukazał nam się najpiękniejszy widok w moim życiu. Piękna plaża, czerwonodache miasteczko i skały w lazurowym morzu, a to wszystko podziwiane z górzystej drogi kilkadziesiąt metrów nad poziomem morza. Odtąd aż do samej Budvy droga jest otoczona pięknym krajobrazem. Mijamy m.in. Wyspę Św. Stefana, zamienioną na hotel dla najbogatszych. Dojechaliśmy do miasta jak z Lazurowego Wybrzeża. Ładnie zabudowanego, pełnego sklepów i hoteli. Tak się złożyło, że właśnie tu, ostatniego dnia nad morze, zjedliśmy z Martyną pierwszą rybę, już w cenach o wiele wyższych niż w Macedonii czy Albanii. w Budvie wszystko jest droższe, nie są to ceny z Francji czy Szwajcarii, ale przyzwyczailiśmy się do taniości. Na plaży ceny wynajęcia leżaków były porażające, bo nawet do 50 € za dzień przy hotelu, a na plaży miejskiej 10-15 €. Samo stare miasto w Budvie jest małe, ale zadbane, przy murach miejskich z łatwością można pływać, bo obok leży mała plaża. Posiedzieliśmy na niej parę godzin. Skoczyłem parę razy do wody, popływam przy skałach i stwierdzam, że jest to jedno z lepszych miejsc na wakacje jakie widziałem. Niestety musieliśmy ruszyć w drogę powrotną już wieczorem, więc noclegu w Budvie nie było. Zeszliśmy centrum na wszystkie strony i wsiedliśmy do auta. Czekała nas parogodzinna podróż do Serbii.

Nocna jazda przez górzyste drogi Czarnogóry nie należy do najbezpieczniejszych. Droga, którą jechaliśmy z pewnością musiała być piękna za dnia, ale teraz nie widzieliśmy za wiele. Granica czarnogórsko-serbska miała najdłuższą strefę niczyją jaką do tej pory widziałem. Od wyjazdu z Czarnogóry do wjazdu do Serbii minęło jakieś 7 km. Drugi raz mieliśmy nocować w motelu znalezionym na trasie i drugi raz w Serbii. Tym razem udało się za trzecim razem. Pierwszy był zapełniony, drugi zamknięty, a w trzecim znaleźliśmy całkiem przystępne pokoje. Motel zlokalizowany był nad jeziorem Zlatarskim, którego nawet nie zobaczyliśmy. Byliśmy tak zmęczeni i chcieliśmy już dojechać do domu, że nikt nie myślał o straceniu choćby minuty na zwiedzanie, zwłaszcza że czasu mieliśmy mało. Droga do Belgradu okazało się równie kręta i górzysta jak ta w Czarnogórze i dopiero w Belgradzie wjechaliśmy na autostradę, którą przejechaliśmy przez Węgry. Znów nocna jazda przypadła na najgorsze drogi, czyli na Słowację. Wąska jezdnia przetaczająca się przez centra wsi i miasteczek potrafi zmęczyć, nie pamiętam już nawet kiedy znaleźliśmy się w Polsce. w Krakowie byliśmy w środku nocy.
Pierwszy raz byłem w Macedonii, Albanii i Czarnogórze. Każdy z tych krajów ma sporo do zaoferowania. Macedonia to piękne jezioro Ochrydzkie, Albania jest w pewnym sensie dzika i niezagospodarowana, a Czarnogóra jest piękna i zadbana. Każdy kraj ma potencjał jeśli ktoś chce spędzić wakacje na plaży, czy trochę pozwiedzać. Niestety w Albanii mankamentem jest transport zbiorowy, którym do tej pory się poruszałem prawie zawsze. On tam po prostu nie funkcjonuje. Albanię można więc zostawić na szaleństwa wypraw wagi ciężkiej, bez żadnego planu.

Pomyśleć, że dwa lata temu dopiero pierwszy raz znalazłem się na Bałkanach na jednodniowy wypad do Belgradu.

Może Ci się również spodoba

2 komentarze

  1. Monika napisał(a):

    Nie gumijagody, tylko morwy :))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *