Piwo, wódka i olimpiady

Finlandia! Kraj który kojarzy się z Nokią i wódką. Taki właśnie cel wyznaczyliśmy sobie ze Sławkiem na długi sierpniowy weekend w 2014 już w sierpniu 2013 r. Bilety były bardzo tanie jak na Polskie Linie Lotnicze LOT. Za 128,63 zł kupiliśmy bilety z Warszawy do Helsinek i z Tallinna do Warszawy. Na szczęście LOT skasował rejsy do Helsinek i zdecydowaliśmy się na lot przez Monachium. Trzy kraje w cztery dni. Idealnie. Dodatkowo wcześniej Sławek i ja mieliśmy loty do Helsinek innego dnia, a teraz polecieliśmy razem. Dobrych wiadomości nigdy za dużo i w międzyczasie otworzył się fiński odpowiednik PolskiegoBusa z biletami od jednego euro, a Viking Line operujący na trasie Helsinki-Tallinn miał niezłą cenę przy opcji „bez wysiadania”. Wyszło więc oszczędnie i w pewnym sensie ekstremalnie, bo w kraju wódki każdą noc spędzaliśmy w podróży.
15/08/2014 19/08/2014 | LOT Lufthansa OnniBus Viking Line Ryanair Neobus| Prom Hostel |
Najgorszy jest jak zwykle przejazd do Warszawy. Drogie i okropne pociągi, wolne autobusy. Może Pendolino coś poprawi, albo zacznę latać samolotem. Nocą do Warszawy nawet nie ma szans dojechać w sensowny sposób. Spędziliśmy więc parę godzin na Okęciu czekając na poranny wylot. To był mój pierwszy raz z LOTem i nie wiem czy będzie następny. Na pokładzie dostajemy tylko wodę i Prince Polo, a kawa kosztuje 8 zł. w dodatku jest sygnowana przez Starbucks. Czy to takie trudne by polskie firmy wspierały inne polskie firmy?

W Monachium lotnisko jest wielkie, niestety dojazd do miasta to 40 minut, a mamy tylko parę godzin w Niemczech. Zwiedzamy głównie centrum od dworca po ratusz, trochę parku Englischer Garten i dzielnicę olimpijską. Monachium jest dość typowe jak na Niemcy, chociaż przyznam, że porównanie mam skromne. Jednak porządek jest. Nie napiliśmy się piwa w centrum z powodu braku czasu. Wolimy pojechać do dzielnicy olimpijskiej. Po wyjściu z metra miejsce wydaje się mocno znajome, wokół wszystkie budynki przypominają ten w którym przetrzymywano izraelskich sportowców w 1972 r. Cały teren jest dziś wykorzystywany w miarę sensowny sposób. Wioska olimpijska to akademiki, stadion służy do zwiedzania, wspinania się po dachu i okazjonalnych meczy, hale goszczą wydarzenia sportowe i koncerty, a całość dookoła jest po prostu parkiem rozrywki. Niestety cały czas towarzyszy nam deszcz i lekko zmoczeni wracamy na lotnisko. Dojazd z przesiadkami daje nam sposobność do kupna piwa w sklepie na stacji kolejki. Nie dość, że za picie alkoholu na ulicy nikt nie goni, to przy samej lodówce znajduje się otwieracz do butelek. Monachium mogę więc uznać, za w pełni zaliczone. w końcu pociąg przyjeżdża i trafiamy na najlepszy terminal jaki do tej pory widziałem. Co parędziesiąt metrów są ekspresy do kawy i darmowe gazety. Czyli coś co na pokładzie LOTu można kupić za 8 zł, na terminalu Lufthansy w Monachium można dostać za darmo. Na pokładzie samolotu do Helsinek też nie ma solidnego obiadu, a jedynie kanapka. Za to napoje są bez limitu, więc dałem radę wchłonąć trzy kieliszki wina oraz kawę. Ciekawostka: na kubkach kawy w Lufthansie reklamuje się krakowski Comarch.

Na lotnisku w Helsinkach spotykamy Polaka (taki warszawski typ), który pyta o autobus do miasta. Opcji jest niewiele, więc mówimy mu, że najtaniej dojedzie linią 615. Po przylocie mamy parę godzin do odjazdu autobusu OnniBus do Kuopio. To będzie nasz drugi nocleg bez łóżka. Połaziliśmy po mieście, po słynnym Esplanadi (tak na serio to nawet nie znałem tej ulicy wcześniej) oraz w okolicach Katedry. Na końcu Esplanadi jest helsiński, niezbyt okazały, rynek główny, czyli Kauppatori. Stojącą tam rzeźbę Havis Amanda pewien japoński artysta postanowił zamienić na ozdobę pokoju hotelowego. Jak to jednak zrobić bez przenoszenia rzeźby? Dla chcącego nic trudnego i na fontannę nałożono kontenero-pokój do wynajęcia o nazwie Hotel Manta of Helsinki. Dzięki temu rzeźba zdobiła środek wnętrza. Niestety ceny nie dla nas, a w dodatku wszystkie terminy już były zarezerwowane. Szukaliśmy miejsca na toaletę przed wyjazdem i tani posiłek, więc padło na McD. Po drodze do toalety spotkałem znów Polaka w stylu warszawskim, który jak się okazuje jedzie trzydzieści minut po nas do Oulu. Pospacerowaliśmy jeszcze po okolicach i poszliśmy na przystanek. Polak przyszedł w to samo miejsce, gdy my już powoli układaliśmy się do snu.

W Kuopio byliśmy koło 4:45. Dworzec kolejowy był jeszcze zamknięty. w tym kraju jest dużo pijanych ludzi, więc zamykane są wszelkie dworce, publiczne toalety i inne miejsce do których człowieka ciągnie po pijaku. Po chwili otworzyli dworzec więc na ławce dospaliśmy do normalnej pory, jak ósma, czy dziewiąta. Rano poszliśmy zobaczyć miasto. Jest drogo, więc zostaje tyko McD na śniadanie. Do południa mamy czas na kąpiele i zwiedzanie, a potem czeka nas konkurs skoków narciarskich do obejrzenia. Oprócz dużego otaczającego miasto jeziora Kallavesi mała plaża znajduje się też nad jeziorkiem Valkeinen. Trafiamy tam tuż po zobaczeniu rynku i pięknej katedry z czytnikiem kart „na odnowę kościoła”. w takich miejscach chciałbym być Makłowiczem, żeby zarabiać na próbowaniu jedzenia i opowiadaniu ciekawostek. Pogoda nie rozpieszcza, ale to wciąż lato. Niestety na plaży nie było nikogo. Parę osób wyprowadzało psy albo biega. Postanowiłem się wykąpać skoro już jestem. Popływałem parę minut, chociaż zawsze mam spore opory przed wchodzeniem do zimnej wody. w międzyczasie pojawiła się para Finów, która weszła na jakieś pół minuty do wody. Zapytani o taki stan rzeczy powiedzieli, że w Finlandii wakacje się właśnie skończyły. Połowa sierpnia to koniec lata i dla większości mieszkańców jest już typowa jesień podczas której po prostu się nie korzysta z plaży. Poszliśmy jeszcze na wysepkę Varvisaari, na którą nie prowadzi żadna droga, a jedynie kładka dla pieszych. Jest tam parę domków letniskowych i nic więcej poza pięknym widokiem. Przyroda w Finlandii to największe bogactwo i następnym razem bardziej skorzystam z jej uroków. Może jakiś namiot w lesie nad jeziorem byłby kwintesencją Finlandii. Wracając z wyspy trafiamy na drugą plażę, nad brunatną wodą jeziora Kallavesi. Była tam skocznia do wody i bar plażowy (konkretnie był to ostatni dzień jego działalności w tym roku), ale kąpiących się tez brakowało. Pływa się tu dość dziwnie, bo kaczki nie boją się ludzi i podpływają bardzo blisko. Czasem jest się wręcz na kursie kolizyjnym i nie wiadomo czy ktoś z nas zrobi unik. Woda w jeziorze robi się bardzo głęboka już parę metrów od brzegu, stąd pewnie obecność skoczni. Leżymy tu parę chwil i niechętnie zaczynamy iść na konkurs naszych skocznych Orłów. Po drodze Sławek je w McD, a ja postanawiam pójść do lokalnej knajpy. Pizza za jakieś 6€ porównam do bogatego przyjęcia w moim żołądku. w tym kraju to pół darmo, a ciepły posiłek niebędący hamburgerem to dla mnie rarytas. Pizzeria Atlantis w Internecie ma słabą ocenę, ale gdy porównam ją z pizzą za 100 zł w Zurychu w lokalu z papierowymi talerzami i piwem w puszkach to nie śmiem pomyśleć o niej pół złego słowa.

Na wzgórzu Puijo jest wielka wieża widokowa. Finowie burzą poprzedniczkę i stawiają wyższą budowlę co kilkadziesiąt lat. Pierwsza wieża stała 50 lat, druga 57 lat, a obecna stoi od 51 lat. Ciekawe czy w 2027 ją zburzą? Obok wierzy znajduje się górna stacja kolejki używanej przez skoczków, a trochę dalej jest wieża skoczni. Teren mimo zawodów jest ogólnodostępny i wspinamy się na rozbieg jednej ze skoczni by podziwiać skoki. Naszych minęliśmy jak sikali pod drzewem. Wzdłuż skoczni, między trenerami i sędziami, zeszliśmy na dół, gdzie można było wejść do strefy serwisowej i jadalni skoczków. Niby nic, a jednak zaufanie do ludzi, ale pewnie też kultura Finów by nie pchać się wszędzie, pozwalają nie stawiać wszędzie ogrodzeń. w Krakowie mamy tendencje dokładnie odwrotne. w obu seriach Polacy oddali całkiem porządne skoki, a Jakub Wolny zajął piąte miejsce. Wokół skoczni było parę stoisk ze strojami dla młodych skoczków i aż dwa stoiska z jedzeniem. Kupiliśmy fińskie „wursty” by poczuć atmosferę prawdziwego konkursu skoków. Było pyszne, więc można spokojnie założyć, że na pewno niezdrowe.

Po skokach przeszliśmy się jeszcze po lesie, w którym znaleźliśmy pole golfowe. Zupełnie nieogrodzone jak na tej kraj przystało. Jedynie tabliczka informowała o tym, by uważać wchodząc na trawę. Na polanach znajdowały się równo przystrzyżone trawniki, z dołkami i miejscami do pierwszego wybicia. Kije trzeba mieć swoje i można grać. Wróciliśmy do miasta, by kupić w sklepie parę rzeczy (cola, lody itd.) oraz oddać butelki za eurocenty. w Finlandii za wrzucenie puszki, bądź butelki do automatu potrafią płacić 20 czy 50 eurocentów. Podobny system funkcjonuje w Estonii, ale tam kwota zwrotu to jakieś 5 eurocentów. Siedzimy parę minut na rynku, co chwila mijali nas pijani Finowie. Dworzec autobusowy o 20 był już zamknięty, ale to w końcu lato. Przy jakichś piętnastu stopniach czekaliśmy koło godziny oczekując OnniBusa. Zajęliśmy wygodne miejsca i siedli obok nas pijani Finowie. Na szczęście domyślają się, że chcemy spać, więc zmieniają miejsce.
Poranek w stolicy Finlandii to widok iście rosyjski. Bajzel niebywały. Zarzygane place. Śmieci walają się w takiej ilości, że sprzątała je specjalna polewaczka. Rano toalety w McD są zamknięte, więc nie mamy zbyt wiele okazji na poranne odświeżenie. Na początku dnia jest ciężko. Wchodzimy na dworzec by znaleźć wolną ławkę, ale liczba ludzi którzy wpadli na ten sam pomysł jest zdumiewająca. Wejście na perony jest jeszcze zamknięte, więc ludzie leżą wszędzie. Podłoga wygląda jak scena z lotniska, na którym odwołano wszystkie loty. Po parudziesięciu minutach otwierają perony i część ludzi znika, a miejsca leżące zostają „zlikwidowane” przez ochronę. Siadamy na ławkach i dosypiamy parę godzin.

Po drzemce wychodzimy na miasto. Główny cel to Skalny Kościół, Stadion Olimpijski i miejska plaża. Zwiedzamy też okolice katedry za dnia. Wiele opisanych w przewodniku dzielnic niczym  nie różni się od obrzeży centrum Krakowa. Zwykłe XIX wieczne kamienice. Co chwilę mijamy stoły z jedzeniem, gdzie starsi i młodsi sprzedają swoje specjały. Czasem w dużym skupieniu, a czasem pojedynczo. Wystawiają się albo restauracje, albo dzieciaki oferujący babeczki. To święto zwane Dniem Restauracji, organizowane cztery razy w roku. Poszliśmy zobaczyć Stadion Olimpijski, na którym Igrzyska rozgrywano 20 lat przed Monachium, czyli w 1952 r. Obiekt prosty, w stylu fińskiego minimalizmu. Niestety dało się wejść tylko na parę metrów wgłąb trybun,, jednak plusem była darmowa toaleta. Co w tym kraju nie zdarza się często. Wyjście na wieżę już niestety nie było darmowe. Idąc ze Stadionu w stronę Skalnego Kościoła minęliśmy gmach Finlandia Talo projektu Alvara Aalto i przedarliśmy się przez skupienie stoisk z jedzeniem. Kościół otoczony jest przez setki tysięcy Azjatów. Są przed nim, w nim i na nim. Wnętrze jest częściowo wykute w skale, a częściowo zbudowane z głazów. Na górę można wejść, bowiem jest to ryta skała większa kilkukrotnie od powierzchni świątyni. Bardzo piękne i wyjątkowe miejsce. Wnętrze jest ascetyczne, poza prostym ołtarzem i ławami jest tu tylko skała. Następny punkt dnia to plaża. Wystarczyło minąć ogromny cmentarz i znaleźliśmy się na piasku. Ratowników już nie było, podobnie jak wielu plażowiczów. Woda była chłodna, ale udało mi się dopłynąć do granic obszaru strzeżonego… chociaż tylko teoretycznie ktoś go strzegł. Zeszliśmy gdy zrobiło się pochmurno i chłodno. Reszta helsińskiego dnia upłynęła nam na powolnym spacerze w stronę promu. Wróciliśmy do okolic dworca. Na Esplanadi liczba stoisk z jedzeniem wynosi mniej więcej jedno na jeden metr kwadratowy, a przecisnąć się przez otaczający je tłum to nie lada wyzwanie. Weszliśmy jeszcze na skałę wokół Soboru Uspieńskiego, największe prawosławnej cerkwi na tzw. Zachodzie Europy. w wielu miejscach Helsinek widać wpływy rosyjskie. Nie tylko przyjeżdża tam dużo Rosjan, architektura jest podoba do tej z Petersburga, ale i kultura ludzi trochę zmierza ku Wschodowi. Upijanie się na umów i śmiecenie dookoła według mnie zbliża Finów do ubogiej Rosji, niż majętnej Szwajcarii. w oczekiwaniu na prom nie można mieć wątpliwości jaki jest główny cel funkcjonowania trasy Helsinki-Tallinn. Alkohol reklamuje się tu na każdym kroku. Nasz bilet to de facto podróż objazdowa Helsinki-Tallinn-Helsinki, która nie kosztuje zbyt wiele bo oferując ją Finom armator więcej może zarobić na sprzedaży alkoholu niż cenie biletu. Kajuta jest bardzo wygodna. Łazienka, telewizor i dwie koje. Można ją porónwać do trochę mniejszego pokoju w hotelu dwugwiazdkowym. Na promie jest kilka sal balowych, sklepy, restauracje i automaty do gry. Można się wyspać i zabawić, ale my wymykamy się z promu tuż o poranku, zanim wyruszy on w podróż powrotną.

W Tallinnie byliśmy już w 2012 r. przy okazji wyjazdu do Gruzji. Teraz mamy prawie dwa dni na zobaczenie miasta. Już przy wyjściu z terminala promowego odkrywamy starą poradziecką halę widowiskową Linnahall. i tu ciekawostka! Byliśmy w Monachium na terenach wioski olimpijskiej z 1972 r. Byliśmy w Helsinkach na Stadionie Olimpijskim z 1952 r. i byliśmy też na Linnahall – hali zbudowanej na zawody żeglarskiej igrzysk w Moskwie w 1980 r. Zwiedziliśmy cztery miasta, z czego trzy gościły zawody olimpijskie. Kuopio kandydowało do organizacji Zimowych Igrzysk Młodzieży w 2012 r., ale ostatecznie przegrało z Innsbruckiem. 

Tallińskie stare miasto trochę nas zawiodło w kwestii niedrogiego jedzenia. Nie chodziło nam o coś bardzo taniego jak bar mleczny, ale wszystkie z kilku mijanych lokali okazały się być drogimi restauracjami. Szukaliśmy czegoś gdzie podawaliby proste śniadanie. i tu sprawdza się znana teza, że Tallinn to nie Kraków, a tylko Kraków to Kraków, w którym zawsze znajdzie się taka jadłodajnia na jaką nas stać i mamy ochotę. Znaleźliśmy coś w miarę taniego dopiero na dworcu i była to kuchnia chińska. Czekając na kurczaka w sosie słodko-kwaśnym palcem po mapie wyznaczyliśmy sobie inny cel niż łażenie po starym mieście. Wypadło na park trochę na obrzeżach, ale w miarę blisko dworca. Będąc w centrum Tallinn wydaje się bardzo nowoczesnym miastem, ale obrzeża to już inna bajka. z jednej strony duże drewniane budynki są charakterystyczne dla tej części Europy i nie świadczą o bogactwie bądź biedzie. Jednak widać ślady działalności ZSRR. Szerokie jezdnie i wąskie chodniki, trochę zaniedbanych garaży i budynki z czasów budowane bez planu jak nasze bloki. Takich symboli nie da się zatrzeć przez lata. w parku do którego doszliśmy, był plac zabaw, były też ślady dawnych nagrobków, ale szału nie robił. Zupełnie przypadkiem Sławek znalazł na mapie coś ciekawszego. Seaplane Harbour, czyli hangar zamieniony na muzeum morskie. Mnóstwo broni, małych i dużych łodzi, boi. Bilet kupiliśmy choć nie planowaliśmy już takiego wydatku zmęczeni drożyzną Finlandii. Raz się żyje, a jako studenci zamiast 10€ mogliśmy zapłacić tylko 6€, więc zdecydowanie nie warto było się długo zastanawiać. Hangar przeszedł długą drogę. Powstał jako baza wodnosamolotów i w czasach ZSRR był wykorzystywany militarne. Tuż przed odzyskaniem niepodległości przez Estonię, Armia Radziecka sprzedała hangar prywatnej firmie ochroniarskiej. Spór między państwem a bezprawnym nabywać trwał ok. 20 lat. Dopiero parę lat temu odzyskano hangar i postanowiono go odrestaurować. Muzeum otworzono w 2012 r. w środku znajduje się łódź podwodna Lembit, jedna z najdłużej aktywnych jednostek podwodnych na świecie. Zbudowana w Wielkiej Brytanii za czasów niepodległej Estonii, po II wojnie światowej pływała pod radziecką banderą. Dopiero w 1992 r. wróciła do ojczyzny i trafiła do muzeum. Wnętrze łodzi to nie lada ciekawostka, mało kto ma bowiem możliwość być w łodzi podwodnej. Trudno sobie wyobrazić jako mało miejsca jest w środku, koje umieszczone są w każdym wolnym miejscu – obok, na, pod torpedami – a sam kapitan miał tylko małą wnękę oddzielaną zasłonką. Na zewnątrz było jeszcze kilka statków. Można wejść do lodołamacza Suur Tõll i zobaczyć maszynownię, pomieszczenia załogi czy kuchnię w której urządzono restaurację. Jeszcze do całościowego zwiedzania udostępniono jedną jednostkę wojskową, współczesny okręt straży granicznej.

Wychodząc z muzeum zastał nas deszcz. Mieliśmy hostel dość blisko, przy Grubej Małgorzacie, więc nie czekając przeszliśmy w miarę szybko, gdy deszcze zmalał. Zrobiliśmy sobie małą drzemkę w hostelu. Wieczorem wyszliśmy na miasto zobaczyć po raz kolejny stare miasto, skorzystać z nordyckiego odpowiednika McD, czyli Hesburgera. Zwiedziliśmy te części miasta, które widzieliśmy dwa lata wcześniej. Na wieczór kupiliśmy piwo o smaku ginu oraz cydr z różnych owoców jak maliny, porzeczki itd. 

Następnego dnia nie mieliśmy zbyt wiele czasu. Lekkie zakupy, zwiedzanie, jedzenie i powoli szliśmy się na autobus na lotnisko. Na którymś z kolejnych przystanków do autobusu wsiadł… Polak w stylu warszawskim. Spotkany już w Finlandii objawił się na nowo, oczywiście jechał na lot do Warszawy. Na lotnisku w Tallinnie bardzo sympatyczna rzecz to gablota z pocztówkami wysłanymi z całego świata. Zamierzam też wysłać jedną i zobaczyć ją następnym razem. Lot do Warszawy nie trwa długo. Na lotnisku rozstaję się ze Sławkiem, który ma bilet na lot do Krakowa, a ja zamiast kupić autobus za 1 zł, albo za 9 zł  na InterRegio (miałem już nawet taki bilet w koszyku) postanowiłem sprawdzić alternatywne rozwiązanie. Ryanair sprzedawał wówczas bilety krajowe z Modlina po 39 zł, czemu by więc nie skorzystać po raz pierwszy z nieszczęsnego lotniska WMI (planowałem lecieć w styczniu 2013 r. do Londynu, ale lot przeniesiono na Okęcie), przy okazji skorzystać z lotu krajowego Ryanaira i szybkiej wizyty we Wrocławiu. Za 5 zł kupiłem jeszcze bilet na nocny autobus z Wrocławia do Krakowa. Pożegnałem się więc ze Sławkiem (który najbliższym lotem i tak nie poleciał), pojechałem do centrum zjeść coś w Burger Kingu (taki rytuał) i Transludem za parę złotych dostać się do WMI. Najtańsze busy do Modlina to typowy złom tanich prywatnych busiarzy. w dodatku trudno znaleźć kogoś miłego w tym autobusie, jak i w ogóle w tym mieście. Kierowca wkurza się na pasażerów, ci odwzajemniają się niezbyt piękną polszczyzną. i tak wygląda sytuacja na większości przystanków. w pewnym momencie autobus zatrzymał się i dostaję pół minuty na przesiadkę do jeszcze bardziej zdezelowanego busa, który jedzie… no właśnie, jak się okazało w pobliże lotniska, a nie na lotnisko. z tak zwanego przystanku trzeba jeszcze z pół kilometra maszerować. Dobrze, że nie padało. WMI zapamiętam jeszcze z wiejskiej ochrony przy kontroli bezpieczeństwa, za małej liczby ławek i praktycznie nie istniejącej oferty gastronomicznej. We Wrocławiu miałem parę godzin na zwiedzanie miasta (taki spacer) oraz zjedzenie kurczaka w KFC. Super nowoczesny dworzec kolejowy jest w nocy zamknięty, a nocna poczekalnia mieści może dziesięć osób w pozycji siedzącej. Nie można siadać na schodach, na podłodze itd. bo nie… w porównaniu do helsińskiego dworca u nas udajemy, że wszystko jest piękne i eleganckie. Wróciłem rano zmęczony, a następnego dnia miałem rozmowę o pracę, która całkiem dobrze wyszła.

Coś jest takiego, w krajach nordyckich, że chce się tam latać mimo drożyzny. Finlandia to mały ludnościowo kraj z narodem, który poza Nokią nie ma wielu sukcesów gospodarczych, a mimo to wygląda bogato. Estończycy z kolei aspirują do poziomu Finlandii. Podobieństw w tych krajach jest dość dużo. Helsinki, Kuopio czy Tallinn to całkiem przyjemne miasta, ale to co powinno się tu zwiedzać to przyroda i to mój plan na następny raz.

Może Ci się również spodoba

1 Odpowiedź

  1. Anonimowy napisał(a):

    Przyjemna relacja, dzięki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *