Jeśli dziś sobota – jesteśmy w Anglii

Dokładnie dwa lata po ostatniej wizycie, znów trafiam do Londynu. Zima w Anglii to nie najpiękniejsza pora. Jest zimno, ale nie ma śniegu. w dodatku wielu tubylców nie dostrzega tego pierwszego i ubiera się wiosennie. Krótkie koszulki, gołe nogi i te sprawy. Dla nas styczeń to jednak styczeń. I do wiosny wciąż  jeszcze daleko.

Przylecieliśmy w sobotę rano. Miał to być zwykły weekendowy wyjazd… i taki właśnie był. Na początku nasz plan pokrzyżował trochę idiotyczny system płatności za komunikację miejską. Dla tubylców jest pewnie idealny, ale jak ktoś przyjedzie z zagranicy to nie ma tak łatwo. Można kupić Travelcard i wydać 12 funtów, albo kupić Oyster lub płacić swoim PayPassem i wydać 7,5 funta. z naszymi kartami z PayPassem jednak był problem, więc musieliśmy odstać swoje w kolejce po Oyster. Gorzej jak przyjeżdża się w nocy, albo na stację bez kas. Spóźniliśmy się przez to na zmianę warty w Horse Guards Parade. Dojechaliśmy pod Big Bena jakąś godzinę za późno. Od razu przeraził mnie tłum jak się kłębi w turystycznych okolicach miasta. Westminster to właśnie taka okolica. Mostem trudno przejść bo co chwila ktoś stoi na środku by zrobić sobie zdjęcie. „Tak, nie zwracamy na innych uwagi”. Domyślam się, że londyńczycy omijają to miejsce szerokim łukiem. Poszliśmy dalej w stronę Pałacu Buckingham, skąd zaczęła się podróż śladami filmu „Notting Hill„. Hotel Ritz, przejazd na Portobello Road i zwiedzanie kolejno: księgarni Hugh Granta, jego drzwi i innych znanych miejsc jak kawiarnia, w której kawę wylaną na bluzkę Julii R. Ruch tu tak samo duży jak pod Big Benem. Ciekawi mnie czy przed filmem ta dzielnica była równie modna?

24/01/2015 25/01/2015 | Ryanair | Travelodge |
Zgłodnieliśmy więc przyszła pora obiadowa. Nie chcieliśmy przepłacać w drogich knajpkach Notting Hill, więc padło na tanie jadłodajnie w okolicach stacji Ladbroke Grove. Tu kurczak, tam chińczyk, gdzie indziej kebab, ale nigdzie nie było toalety, która by nam się przydała po dobrych paru godzinach zwiedzania. Doszliśmy do wniosku, że i tak jedziemy do Muzeum Historii Naturalnej, gdzie toaleta będzie, więc zjedliśmy pierwszą lepszą podróbkę KFC. Wychodząc najedzeni spostrzegliśmy autobus jadący do South Kensington, czyli właśnie w okolice Muzeum. Autobusy w Londynie jeżdżą zygzakiem więc trochę to trwało zanim dojechaliśmy do celu, ale i tak wysiedliśmy pod samym Muzeum. Na szczęście kolejka o tej porze nie była już tak duża jak ją pamiętam sprzed dwóch lat. Weszliśmy na ostatnie dwie godziny otwarcia muzeum, ale zwiedziliśmy chyba wszystko co ważne. Szkielet dinozaura, trzęsienie ziemi, zasady działania wulkanów, tsunami, a nawet szczegóły ludzkiego współżycia. Po dwóch godzinach żal było wychodzić i znów mam nadzieję, że w Krakowie takie coś również powstanie niedługo.

Na stacji South Kensington znaleźliśmy się w dziwnej sytuacji. Tłum stał zajmując całą przestrzeń wewnątrz, podawano jakieś niewyraźne komunikaty (nie tyle chodzi o problem ze zrozumieniem angielskiego, ale bardziej o tłumienie dźwięku przez rozmawiających ludzi). Wyszliśmy na powierzchnię i szukaliśmy jakiegoś przystanku autobusowego. w Londynie jeździ ponoć koło 700 linii, więc nie łatwo w tej sieci się połapać. Poczytaliśmy pobliskie rozkłady i jeden z autobusów jechał na Picadilly Circus. Chcieliśmy jechać metrem na Baker Street, ale takiego autobusu nie było pod ręką. Jazda trwała jakieś 40 minut. Londyn to strasznie zakorkowane miasto i bez metra nie daliby sobie rady. Mijaliśmy Harrodsa i wypadek motocyklowy na Knightsbridge, w którym z racji braków doniesień medialnych prawdopodobnie nikt nie zginął. Dojechaliśmy na Picadilly w totalnej ciemności. Nie licząc łuny z reklam. Zdjęcia nam nie wyszły, a w sumie niewiele tam jest, więc metrem już pojechaliśmy na to upragnione Baker Street zobaczyć dom Sherlocka Holmesa. Detektyw, który nigdy nie istniał, na pewno musiał lubić tę okolicę. Chodził pewnie na spacery do pobliskiego parku, miał blisko na metro i do muzeum Madame Tussauds. Gdzieś na pewno była też piekarnia ze świeżym pieczywkiem.

Zmęczeni jak koniec świata pojechaliśmy jeszcze pod Tower Bridge. Okolic Tower of London nie udało mi się zobaczyć dwa lata wcześniej, ale i tym razem nie miałem parcia. Jednak było blisko trasy metra więc wyszliśmy na chwilę zobaczyć ten symbol Londynu. Do naszego hotelu na Stratford mogliśmy już stamtąd jechać nie tylko metrem ale DLR, które spod Tower zaczyna swoją trasę. Jeździ rzadziej, ale po linii prostej było nam bliżej. Po drodze na stację wrażenie zrobił na nasz plakat wróżący przyszłość Wielkiej Brytanii, a raczej Kalifatu Brytyjskiego. Na kilkunastu kandydatów na młodego burmistrza Londynu, tylko dwie dziewczyny wyglądały jak rodowite Brytyjki. Chwilę później wychodząc z DLRu nie wylogowaliśmy się z karty i pobrało nam więcej kasy niż mieliśmy naładowane na Oyster. Pogadaliśmy z kierowcą, który też nie wyglądał na rodowitego Brytyjczyka, na ten temat i pozwolił nam pojechać „bez biletu” na stację Stratford, gdzie wyjaśniliśmy sytuację i facet z obsługi zmienił nam kwotę na karcie.

Doszliśmy w końcu do naszego hotelu Travelodge Stratford, który zarezerwowaliśmy w całkiem okazyjnej cenie jeszcze w listopadzie. Parę tygodni później ceny oscylowały już wokół 70 funtów. Mieliśmy wygodne łóżko, włączyliśmy telewizor i praktycznie obejrzeliśmy „I Am Legend”do końca przy ośmiopaku piwa 0,25 ml z lokalnej Biedronki. Do tego paczka czipsów i skórek wieprzowych. Haj lajf na całego: prysznic, telewizor, parę ręczników i czajnik z kilkoma torebkami kawy i herbaty, czyli koks, dziwki i lasery w wersji rzeczywistej.

Rano mieliśmy jechać do National Gallery albo British Museum, ale zebraliśmy się późno po tej pijackiej nocy i nie było warto tracić połowy czasu na przejazdy. Woleliśmy powłóczyć się po olimpijskiej dzielnicy, zobaczyć stadion, basen i inne obiekty w których dwa i pół roku wcześniej rozgrywano igrzyska. Wszystko jest w miarę wykorzystane i zadbane, dużo ludzi kręciło się po Parku Królowej Elżbiety np. by zobaczyć tydzień transportu zbiorowego z możliwością zwiedzania autobusu i oglądania artystycznych wariacji londyńskiego piętrusa w stylu Pałacu Buckingham, bądź jego strażnika. Szukaliśmy czegoś do jedzenia, ale niestety tak jak u nas, pobliskie centrum handlowe zgromadziło cały handel i gastronomię nie zostawiając miejsca na lokalne działalności. w centrum handlowym było wszystko od hotelu, po restaurację Jamiego Olivera. Zjedliśmy coś rybo-frytkowego w lokalu Fish + Chip i połaziliśmy po Primarku, w którym pracowało mnóstwo muzułmanów i Azjatów. Na lotnisko wracaliśmy też ze Stratford, więc mogliśmy zostać na miejscu prawie do piętnastej, bo mieliśmy autobus dziesięć po. Na przystanku Terravision ludzie czekali jeszcze na wcześniejszy kurs do Stansted, który przyjechał z dwudziestominutowym opóźnieniem. Bez problemu da się wejść do któregokolwiek autobusu bo bilety sprawdzają jacyś Hiszpanie, którzy nie patrzą nawet na nie, o sczytywaniu kodów już nie wspomnę.

O szesnastej byliśmy na Stansted, przyszliśmy ich głupiutką kontrolę bezpieczeństwa z koniecznym wpakowaniem pasty do foliowego woreczka. Przy okazji ciekawostka – przed wejście do kontroli bezpieczeństwa stoją automaty z workami na płyny (przez Polakoanglików nazywanych często liquidami) za jednego funta (5,5 zł). Byli na takie woreczki nawet chętni. o dziwo przy końcu kolejki do kontroli bezpieczeństwa takie same worki leżały za darmo. Nie żeby chodziło mi o polskie cwaniactwo, ale czy na prawdę ktoś powinien zarabiać na takim idiotyzmie jak worki kosztujące parę groszy w polskim sklepie tylko dlatego, że taki nakaz wprowadzono po ataku na WTC? To trochę tak jakby ktoś nakazał wyrzucać opakowania po zużytej paście do zębów tylko zapakowane w taki sam worek. Środowisko byłoby tak samo czystsze jak poprawia się moje bezpieczeństwo, gdy pasta współpasażera jest schowana w worek. Także ten, dolecieliśmy bezpiecznie do Krakowa i po godzinie leżeliśmy wygodnie w łóżku.

Londyn to pępek świata wyznaczający trendy, jednak jest drogi i tłoczny. Lubię zwiedzać wszystko, ale następnym razem jednak pomyślę nad kawą w Bolonii, albo gulaszem w Budapeszcie (który jest tak samo popularny tam jak ryba po japońsku w Japonii). Te dwie rzeczy można opierdzielić za te same pieniądze, ale nocując w ichniejszych Sheratonach.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *