Litwo, Ojczyzno moja… Czy Litwini nie lubią Polaków?

Miała być Białoruś, ale przez wygórowane formalności wizowe odpuściliśmy i pojechaliśmy do Wilna. Szukanie czegoś na szybko to zawsze okazja do podróżowania po ziemi, bo na tanie loty z krótkim wyprzedzeniem nie ma co liczyć (poza wyjątkami jak tutaj). Była promocja na nowe połączenia Lux Express i w prawie ekspresowym tempie dwudziestu dwóch godzin mogliśmy się znaleźć w stolicy Litwy. Wzięliśmy.

Przyszedł więc dzień podróży na trasie Kraków-Warszawa-Wilno. Jedyną ciekawostką w Warszawie były urodziny Pałacu Kultury i Nauki. Był 22 lipca 2015 r., więc Pekin miał równo 60 lat. Poza tym dowiedzieliśmy się, że nasze połączenie jest naprawdę nowe. z ciekawości zapytałem w informacji o numer stanowiska, z którego odjeżdża „ten do Wilna o 15:10” i uzyskałem informację, że „do Wilna nie ma takiego, jest dopiero o 23”. Podziękowałem z uśmiechem bo autobus już podjeżdżał na stanowisko. Podróż była komfortowa, w porównaniu do innych autobusów. Fotele z podnóżkami, do tego radio i gniazdko przy każdym miejscu, a do woli można się częstować kawą i herbatą. Brakowało tylko tabletów, bo w siedem godzin można by obejrzeć cztery filmy. Hostel zarezerwowałem blisko dworca, więc dziesięć minut po przyjeździe byliśmy już w pokoju, a dwie minuty później na piwie w całodobowym bistro znajdującym się przed oknami naszego pokoju. a recepcjonistka mówiła nawet po polsku.

22/07/2015 26/07/2015 | Lux Express | Hostel |


Rano zaczęliśmy od zwiedzenia Hali Targowej. Miałem nosa, że musi tam być coś na śniadanie i po standardowym zapoznaniu się z rybami, mięsiwami i warzywami wpadła nam w oko kawiarnia z bajglami o nazwie Halės Bistro. Bajgle kosztowały od 1,5 € do 2,8 € w zależności od dodatków. Podawali je na ciepło, z masłem, miodem, truskawkami albo jako BLT (bekon, sałata, pomidor). Niestety ciągle lało, więc w pelerynach pobiegliśmy pod Ostrą Bramę. Będąc trzeci raz w Wilnie pierwszy raz wszedłem do środka Bramy. w środku pełno modlących się, głównie Polaków. Przed, po, na, w i za Bramą były polskie wycieczki. Zdążyliśmy wejść do dwóch kościołów i zaczęła się kulminacja deszczu. Zmoczeni znaleźliśmy najbardziej sieciową restaurację na Litwie, czyli Cili Pica (jest ich tam więcej niż McDonaldów). Podawali wbrew nazwie prawie wszystko. Od pizzy, sałatek, po burgery i tradycyjne dania litewskie. Miałem ochotę na mięso, więc wziąłem burgera. Po godzinie przestało podać. Poszliśmy na Górę Giedymina zobaczyć ładny widok na miasto. Tym razem skusiłem się przejść pod halę, która znajdowała się po drugiej stronie rzeki. To obiekt z czasów ZSRR. Obok jest basen w ruinie i stadion w ruinie. Wszędzie tabliczki zakaz fotografowania, teren prywatny. Wyczytałem, że to miejsce zostało kupione przez dewelopera w celu wybudowania jakiegoś reprezentacyjnego obiektu. w międzyczasie hala stała się czymś w rodzaju zabytku i nie można jej było tak łatwo wyburzyć. Więc stoi. Świetne miejsce dla miłośników opuszczonych budynków. w Wilnie jest ich parę, ale ten kompleks należy chyba do najłatwiej dostępnych w całym mieście. Na koniec dnia zaszliśmy jeszcze do Republiki Zarzecza. Miejsce reklamowane jest jako wileńska Christiania. Niestety nie ma zbyt wiele z nią wspólnego, bo w Kopenhadze poszli na całość, a w Wilnie jest tylko trochę odrapanych murów oraz parę obiektów, które zaliczyłbym do street-artu. Nie ma jednak mowy o paleniu marihuen pod chmurką.

Drugiego dnia naszym celem były Troki. Znów zaczęliśmy od bajgli, ale wczesnym rankiem, około 12:30, byliśmy już na dworcu. Do Troków jedzie się jakieś trzydzieści minut. z dworca w Trokach pod zamek też idzie się jakieś trzydzieści minut. Nie ma jednak na co narzekać, bo latem trasa jest wyjątkowo przyjemna. Otacza nas z dwóch stron jezioro. Im bliżej zamku tym więcej śladów obecności mniejszości karaimskiej. Karaimi zamieszkują m.in. w Polsce, na Krymie i na Litwie. W Trokach jest jedno z większych ich skupisk. Jest kienesa, co druga restauracja serwuje karaimską kuchnię, a w food-truckach sprzedają kibiny. Nawet z wieprzowiny! To takie faux-pas jak koszerny schabowy. Sam zamek dobrego wrażenia na nas nie zrobił. Nie jest to obiekt w stylu Wawelu, ale raczej zamku w Rabsztynie. Większość jest odbudowana, ogólnie nie ma też dbałości o szczegóły i na przykład zielona siatka budowlana jest przytwierdzona do drewnianej stylizowanej altany stojącej na środku dziedzińca. Wygląda to bardziej jak wiejski zamek będący atrakcją w powiecie, niż największa pamiątka narodowa Litwy.

Jedząc kibiny nad jeziorem zaczęliśmy marzyć o nurkowaniu. Tak się złożyło, że obok nas ktoś odbierał lekcję nurkowania. Zapisałem nurkowanie na listę stu rzeczy do zrobienia.

Wieczorem w Wilnie poszliśmy do tej samej restauracji, w której byliśmy poprzedniego dnia. Tym razem zamiast burgerów były lokalne dnia – chłodnik litewskikotlet po kijowsku – ale w wyjątkowo fastfoodowej odgrzewanej postaci.

Ostatni dzień krążył wokół martyrologi. Trochę mnie ciągnie w miejsca naznaczone złą historią. Najpierw myślałem o Ponarach. To miejsce ludobójstwa znajduje się na terenie Wilna i można w parę minut dojechać tam pociągiem. Jednak ostatecznie poszliśmy do Muzeum KGB (Muzeum Ofiar Ludobójstwa). Próbowaliśmy kupić bilety studenckie pytając o nie po angielsku. Po pokazaniu legitymacji starsza pani w okienku powiedziała po polsku, że skoro mówimy po angielsku to ona nie sprzeda nam biletów ulgowych. Trochę to komiczne i jednocześnie wbrew stereotypowi, że Litwini nie lubią Polaków. Taki stereotyp prezentował między innymi spotkany pierwszego dnia polski pielgrzym. Parę minut rozmowy z nim nie schodziło z tematu nienawiści, a clou było takie, że w restauracji nie było menu po polsku i pan pielgrzym nic nie zamówił z powodu wielkiego narodowego focha. Jak wiadomo w każdej polskiej restauracji mamy menu po litewsku, czesku, słowacku, ukraińsku, a nawet duńsku i szwedzku.

Wracając do Muzeum Ofiar Ludobójstwa to nie zrobiło na nas wrażenie pierwsze i drugie piętro. Poza faktem, że przez pierwsze lata po II wojnie światowej Litwini prowadzili wojnę partyzancką z Rosjanami za co spotkała ich sroga kara, wszystko było nam znane. Za to w pamięci zostanie nam więzienie KGB w piwnicach. Praktycznie nie zmienione od upadku ZSRR. Jest pokój dyżurnego z jakimiś telefonami i przyciskami, są cele, spacerniaki i niestety komora egzekucyjna, w której zamordowano setki ludzi. Ślady po kulach wciąż były na ścianach. w dodatku wyświetlała się tam na okrągło scena z „Katynia” Wajdy, w której zabijają strzałem w głowę polskich oficerów.

Na koniec po raz pierwszy przeszedłem słynną aleją Giedymina, czyli reprezentacyjną aleją Wilna. To takie lokalne Champs-Élysées. Poprzednim razem nigdy tutaj nie trafiałem, za to łaziliśmy po jakichś obskurnych rejonach. Po raz drugi byłem pod Pałacem Prezydenckim i nie tylko dało się podejść po sam budynek, ale wejść na dziedziniec i do ogrodów. Wyglądało to właśnie jak siedziba przywódcy małego państwa. Trochę rzeźb, w miarę zadbana zieleń i kilka osób ochrony. Ogólnie miejsce lubiane przez pary młode, które robiły tam sobie zdjęcia. Na kolację zjedliśmy ohydne cepeliny. Tłuste, niefajne, byle jakie. Martyna zrobiła kwaśną minę sezonu jedząc je. Zdecydowanie nie polecam restauracji Forto Dvaras znalezionej na Tripadvisor. Na sam koniec zostało nam jeszcze zajść do Parku Bernardyńskiego, gdzie zgromadziło się chyba pół Wilna. Wyglądał on bardzo elegancko i w Krakowie takiego połączenia zabytków i funkcjonalności nie ma. Plac Zabaw obok katedry nie jest u nas do pogodzenia. Na wieczór wyszedłem zrobić parę ujęć pociągów i zwiedzić dworzec kolejowy. Przez Wilno przejeżdża pociąg z Kaliningradu do Mińska. Podróżni niewysiadający na Litwie nie muszą mieć wiz, więc peron na którym zatrzymuje się pociąg jest już za kontrolą paszportową, a całość odgradza długi płot. Są tam też sklepy bezcłowe.

Ostatniego dnia wstaliśmy po piątej, wsiedliśmy w autobus Lux Express i pół drogi przespaliśmy. Znów Warszawa. i po dwudziestej byliśmy w Krakowie.

Wilno zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Zwłaszcza, że poprzednie dwie wizyty nie zapadły mi w pamięć. Jednak lato, dużo ludzi, brak pośpiechu pozwoliły odkryć trochę tego prawdziwego Wilna. Nie zmienia to faktu, że trochę tej mentalności z poprzedniej epoki wciąż jest. Wilno polecam. Jest blisko, tanio i można zjeść trochę innej kuchni niż u nas. Niewiele innej, ale innej. Odpowiadając na pytanie czy Litwini nie lubią Polaków, mogę tylko napisać, że nie lubią nas pewnie tak samo jak Niemcy, Ukraińcy i Czesi. Czyli jak ktoś szuka to znajdzie okazję by ten stereotyp potwierdzić, ale my nie szukaliśmy więc nawet o tym nie myśleliśmy.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *