Jak przestałem kochać Włochy

Był 7 kwietnia 2007 r. gdy dwudziestojednoletni ja wsiadłem po raz pierwszy do samolotu. Linie Sky Europe, lot z Krakowa do Rzymu, Święta Wielkanocne. Drugi raz na Zachodzie. Pierwszy raz we Włoszech.

 

Nie ma chyba drugiego takiego kraju w Europie, gdzie wartych zobaczenia miast nie policzy się na palcach obu rąk. I w dodatku takich miast, które można wymienić jednym tchem. Rzym, Mediolan, Wenecja, Florencja, Genua, Neapol, Piza, Werona, Siena, Bolonia, Padwa to tylko przykładowa litania. Nie ma też bardziej rozpowszechnionej na świecie potrawy niż włoski twór o nazwie pizza. Kebab raczej nigdy jej nie przegoni. Chyba, że nastąp jakaś turecka inwazja. Do tego dojdzie jeszcze mnóstwo zabytków z czasów antycznych, piękna pogoda przez wiele miesięcy, znane marki od mody po samochody oraz góry, jeziora i piękne wyspy. Tego wszystkiego z pewnością nie ma żaden kraj na świecie.

 

Osiem lat temu w Rzymie zobaczyliśmy piękne miasto z Koloseum, dzielnicą EUR, Watykanem. Do tej pory pamiętam, że obok Piazza del Popolo znajduje się Viale Adamo Mickiewicz. Zjedliśmy wtedy coś normalnego, włoskiego, a z Amerykanów śmialiśmy się gdy kupowali hamburgery z McD.

 

Później odwiedziłem Mediolan przy okazji lotów do Maroka czy Portugalii, a także jezioro Como, Bolonię, Florencję, Weronę, Bari, Alberobello czy ostatnio Sardynię i Bergamo. Uwielbiam jeść we Włoszech lody. Nie ma nic lepszego nic jechać w marcu na południe Włoch i móc rozkoszować się pogodą jaka u nas nadejdzie dopiero w maju. Nie ma też nic milszego nad wylegiwaniem się na plaży i kąpaniem w lazurowym morzu. Kocham włoską kawę i do domu zamiast jakiegoś Jacobsa kupuję przeważnie Lavazzę. Uwielbiam włoskie śniadania na słodko przepijane espresso, które niezależnie od miejsca zawsze kosztuje koło jednego euro.
Włoskie lody są najlepsze!

 

Włochy są więc wspaniałe, tylko najlepiej gdyby nie było w nich… Włochów. Nie zamierzam nikomu proponować, czy tym bardziej narzucać co ma robić. Niech Włosi zostaną Włochami, tylko ja nie znajdę radości w przebywaniu w ich kraju dłużej. Jest tam tak pięknie, tak smacznie, że trudno nie czuć się tam jak w raju, a jednak dla mnie jest tam bliżej do dantejskiego Przedpiekla. Nie czuję się tam tak dobrze, jak choćby we Francji, Portugalii, krajach słowiańskich czy nawet Niemczech.

 

Kiedy to niemiłe wrażenie się zaczęło niestety nie wiem. Możliwe, że już w Rzymie gdy spacer wśród zabytków okazał się slalomem wokół sprzedawców tandety, a komunikacja publiczna funkcjonowała bez rozkładów jazdy. Chociaż to mógł być strajk metra w Mediolanie, albo śmieci walające się po Bolonii, czy pociągi, których nie zapowiadają na dworcach. Ewentualnie doliczanie idiotycznego coperto 2€ do pizzy za 5€. Przychodzi mi też na myśl pokój wynajęty u Włochów na airbnb, który standardem przypominał schronisko młodzieżowe Ustka 1985 r. Z pewnością ta niechęć do Włochów rosła we mnie od dawna.

 

Prawda jest taka, że Włochy są najczęściej odwiedzanym przeze mnie krajem. Jakoś mnie tu niosło, ale i okazji było zwyczajnie dużo. Stąd leciałem do Japonii. Tu przesiadałem się latając po Europie. Nie sądzę jednak żeby Włochy mi się najzwyczajniej znudziły.
Wygodny przystanek autobusowy

 

Jakie są więc problemy z Włochami?

 

Może to brud i to nie jako kwestia śmiecenia, co bardziej nie sprzątania. Dworzec autobusowy w Sassari serwuje widok na nielegalne śmietnisko mimo, że jest w centrum miasta. Wieczorem w Bolonii place wyglądały jak  Rynek Główny po sylwestrze, tyle, że tam sylwestra nie było. Kiedy parę lat temu jechaliśmy pociągiem z Bergamo do Mediolanu zrozumiałem, że narzekanie na polską kolej jest mocno krzywdzące. U nich było gorzej. Toaleta była szkieletem tego co widywałem u nas.
Wygodne fotele w autobusach

 

Może to kultura osobista. W wielu krajach Europy nikt nie śmiałby zaoferować noclegu bez pościeli. Włosi nie mają oporów. W wielu nie przyjmują napiwków, Włosi mają swoje usankcjonowane coperto. W wielu krajach szukając noclegu wszystko jest jasne. We Włoszech natknąłem się na miejsca, o których się filozofom nie śniło. Z oceną na poziomie równym dna (dokładnie 1,2 w skali 1-5), w których potrafili doliczać ukryte opłaty za korzystanie z basenu, sedesu, ręcznika, a być może nawet papieru toaletowego.
Piękny (był) dworzec w Mediolanie

 

Może to tendencja do utrudniania innym życia. Lotnisko Bergamo to miejsce gdzie wielu podróżnych nocuje. Nawet Włosi spędzają tam noce. Jak dobrze się domyślacie nie ma co liczyć na spokojny sen na ławeczce, jaki choćby zdarzył mi się w Norwegii, Portugalii czy Szwajcarii. Ławek jest mało, a jak są to niewygodne. Część, i tak małego terminala, jest zamykana, a jak ktoś zaśnie to około czwartej będzie obudzony. Pomyślałem, że to wyjątek. Ostatnio byłem nocą na dworcu w Mediolanie. Nie ma bezdomnych, są ludzie z walizami, którzy po prostu podróżują z przesiadkami po tym dużym kraju. Ale ławki to byłby nadmiar dobroci ze strony włoskich kolei. Ludzie w dużej mierze koczują na podłodze, albo na stoliku z McD. Nie wiem czy je myją po takiej nocy. Tak sobie myślę, że w wielu krajach pojawiłyby się tanie noclegi wokół takich miejsc jak lotnisko czy dworzec. Nie we Włoszech. U  nich musi być drożej niż w Szwajcarii i liczą sobie po 200 zł za łózko w pokoju wieloosobowym. A co jak już wyśpimy się na podłodze dworca? Wsiadamy do pociągu, który ma fotele ułożone naprzeciw siebie. Jak ktoś usiądzie naprzeciw was kopanina przez całą drogę i wymiana przeproszeń gwarantowana. Taki sam układ jest w ich Pendolino nawet w biznes klasie. Przecież my zamówiliśmy te same pociągi i mamy całkiem wygodny układ foteli jeden za drugim. Jednak się dało.
Bardzo wygodny układ siedzeń

 

Może to transport, który Włosi rozumieją tylko jako transport samochodowy. Rower to sport, nogi to część ciała, a autobusy czy pociągi to zło konieczne. Szerokie jezdnie królują gdzie mogą. Autobusy to dziwny twór, który jeździ bez rozkładów, zatrzymuje się na żądanie, ale czasem nie zatrzymuje się wcale. Przystanek autobusowy przypomina słup reklamowy, jeżeli w ogóle w jakikolwiek sposób jest oznaczony jako przystanek. Trochę ratuje się kolej, ta szybka, bo regionalna jest w stanie podobnym do naszej, wręcz agonalnym. Najgorsze są pociągi spółek niezwiązanych z państwową Trenitalią. Mimo, ze te pociągi  zatrzymują się na dworcach to nie są zapowiadane, ani wyświetlane na tablicy odjazdów. Zgaduj zgadula. Nie będę już wspominał o ich kulturze jazdy, bo o tym różne plotki można usłyszeć.
Sypialnia, albo oficjalnie poczekalnia dworcowa

 

Może to zatrzymanie się w przeszłości. Uwielbiam połączenie starego z nowym. Londyn nie boi się sąsiedztwa współczesnej architektury i starych budowli. W Berlinie nowe budynki obok Bramy Brandenburskiej wrosły w krajobraz w ostatnim ćwierćwieczu. W Krakowie blisko Wawelu mamy Mangghę, czy ICE. Jeśli kraj się rozwija nie da się uniknąć nowej architektury w centrach miast. Dodam dobrej nowej architektury.  We włoskich miastach mam z tym problem, bo wszystko co nowe jest raczej brzydkie i niezadbane.
Autor ma focha na Włochów, kupuje w McD
Włochy pewnie odwiedzę jeszcze wiele razy. Mam jednak ochotę zobaczyć Wenecję, Sienę czy w końcu ten brudny Neapol. Nie jest to jednak miejsce wypoczynku, ale bardziej eksploracji. Tak jak jedzie się do dżungli szukać skarbów. Na wypoczynek zostawiam sobie te kraje, w których dolce vita dotyczy też przyjezdnych.

Może Ci się również spodoba

4 komentarze

  1. Michał Jarzyna napisał(a):

    Ciekawe spojrzenie. Obawiam się niestety, że wraz z upływem czasu nic się tam nie poprawi, co więcej nawet pogorszy – liczba turystów rośnie w niebywałym tempie, a to jeden z najczęściej odwiedzanych krajów… Ciężko się dopchać do fontanny di Trevi, nawet poza sezonem w dzień roboczy, kolejka do zwiedzania Bazyliki w której staliśmy miała 250m, a do Watykanu – chyba z 1km (no dobra, to był dzień wejścia za darmo 🙂 – a w środku "dzikie" tłumy turystów, a raczej konsumentów produktu turystycznego. W Kaplicy Sykstyńskiej głośny tłum robiący zdjęcia, co chwilę żandarm prawie krzyczał, żeby nie pstrykać fleszy i uszanować miejsce. Tak jest niestety z każdym ważniejszym zabytkiem.

    Rzym jest też miastem, w którym widziałem najwięcej bezdomnych (ponoć Paryż ma więcej)i nachalnych naciągaczy. W dodatku ciągłe strajki licznych central związkowych utrudniają zwiedzanie (nam też, w X 2012), a swoistym symbolem bałaganu była chyba katastrofa promu parę lat temu – kapitan na pewno miał wymagane kwalifikacje i doświadczenie w pływaniu statkiem z 4000 ludzi, prawda?

    • Piotr Rokita napisał(a):

      Oj, tak. Jeśli jesteś fanem tematyki włoskie polecam http://swiat.newsweek.pl/nieudolne-rzady-ignazio-marino-doprowadzily-rzym-do-ruiny,artykuly,373844,1.html

      Z katastrof przypomina mi się zderzenie na lotnisku Linate. Kontrolerom ruchu kupiono dobry radar, a mimo to dwa samoloty zderzyły się we mgle. Oglądałem jakiś program o tym. Szwedzka firma, która sprzedała radar jak dowiedziała się o katastrofie od razu wysłała swoich pracowników by sprawdzić co się stało. Niestety okazało się, że od trzech lat nikt radaru po prostu nie zamontował…

      O tym konsumowaniu turystyki można się trochę przekonać na Sardynii. Miejsce piękne, ale do Chorwacji im jednak daleko. Samoloty latają tam z całej Europy, wyspa jest modna i popularna, a żyje na niej któreś już pokolenie ludzi przyzwyczajonych, że turyści byli, są i będą. Więc można na nich nieźle zarobić. Ceny były nadmuchane i w tym roku raczej na wakacje wybierzemy małą wysepkę w Chorwacji niż Włochy.

  2. Monika napisał(a):

    Uśmiałam się z samego tytułu. Byłam we Włoszech tylko 4 razy, ale mam dokładnie to samo zdanie co Ty. Zazwyczaj nie generalizuję, bo każdy człowiek jest inny, ale zrobię wyjątek, bo Włosi dla mnie to śmiecące brudasy, nie szanujące swoich wspaniałych zabytków. Po zakochaniu się w Bałkanach postanowiłam tam przez długi czas wracać. Ok, może na jeden dzień do Bergamo na lody 😉 Bo trzeba im to przyznać, że pizzę i lody pistacjowe mają genialne!

  3. Alicja napisał(a):

    Bardzo ciekawy post, sama mam podobne przemyślenia. Jeździłam do Włoch kilkakrotnie na wakacje, a od 4 lat mieszkam tu na stałe. Nieraz przeklinam ten kraj (zwłaszcza, kiedy jestem na poczcie lub w urzędzie/ na szczęście mieszkam w mieście, gdzie niemal wszędzie można dostać się na pieszo), ale wciąż mimo wszystko go kocham. Bo w końcu kochać, to znaczy akceptować również wady 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *