Słowenia, czyli taka słowiańska Austria

BledSłowenia to taki mały kraj, który zawsze był mi nie po drodze. Choć inni byli tam wiele razy i prawie, że zaczęli podróże po Europie od tego kraju – ukłon ku Naparzam w Świat – to ja odwiedzam ten kraj jako swój numer 38. I nie omieszkam potwierdzić, że kraj ten jest nudny. Choć ma swoje perełki.

Zacznę jednak od początku. Do Słowenii przyjechaliśmy z Triestu. Słoweńska Arriva oferuje codziennie kilka połączeń między Triestem a Koprem i Piranem. Początkowo myślałem by zahaczyć o Koper, ale jednak zdjęcia Piranu zrobiły swoje. I dobrze, bo gdy zatrzymaliśmy się na dworcu w Koprze zastanawiałem się po co stoimy na jakimś parkingu przed supermarketem. Dopiero po chwili spostrzegłem, że to jest dworzec autobusowy, a obok jest dworzec kolejowy. Tylko czemu to wszystko znajdowało się na parkingu centrum handlowego i było oddalone od historycznego centrum miasta już nie wiem. Ten problem tyczy się całej postkomunistycznej Europy, wszędzie obok dworca stawia się centra handlowe tak żeby bombardować pasażerów konsumpcją zanim ktoś zdoła zorientować się gdzie jest i w którą stronę ma iść do centrum (Kraków najlepszych przykładem). Na szczęście jechaliśmy dalej, do Piranu. To małe pocztówkowe miasteczko jest ozdobą ledwie 40-kilometrowego słoweńskiego wybrzeża. Zajmuje niewielki półwysep, a wjazdu do niego pilnuje szlaban. Kierowcy rozjechaliby to miasto, dlatego przed miastem jest wielopoziomowy parking. Przyjechaliśmy rano, koło 10 gdy nic nie było jeszcze otwarte. Później niewiele się zmieniło, bo byliśmy poza sezonem i w wielu knajpach mówili, że podają jedynie alkohole, a jedzenie dopiero w lecie. Ledwo weszliśmy w wąskie uliczki z czasów weneckich by już wyjść na sam brzeg. Z jednej strony półwyspu było ładnie i ciepło, z drugiej wiał wiatr, a fale rozbijały się o brzeg. Na samym cyplu jest malowniczy kościół, ale Pirangłówna atrakcja widokowa to jednak inny kościół św. Jerzego z dzwonnicą w stylu weneckim. Stamtąd jest widok na miast i cały półwysep. Głównym plac nosi imię Giuseppe Tartiniego i to właśnie nad nim dominuje kościół świętego Jerzego. Piran to pewnie dobre miasto na wakacje. W lecie można skorzystać z morza, zimą jednak, jak typowe nadmorskie miejscowości pustoszeje. Ostateczne udało nam się zjeść obiad w dobrej restauracji. W menu przeplatała się kuchnia bałkańska z włoską i austriacką. Ja zamówiłem ćevapčići, a Martyna chyba sznycla po wiedeńsku. Pizzy chwilowo mieliśmy dość po paru dniach spędzonych we Włoszech.

Z dworca w Piranie odjechaliśmy autobusem PKS Murska Sobota do Lublany. Choć na mapie Słowenia wydaje się małym krajem, to autobus wlókł się niemiłosiernie długo. FlixBusem z Wenecji do Triestu (160 km) jechaliśmy niecałe dwie godziny, a z Piranu do Lublany (90 km) już dwie i pół godziny. W dodatku zapłaciliśmy dwa razy więcej.

Dojechaliśmy do Lublany i legliśmy po zrobieniu małych zakupów. Następnego dnia szukaliśmy tych obowiązkowych punktów do zwiedzania. Był park Tivoli, który wcale rewelacją nie jest, był trójmost, który ładnie prezentuje się na zdjęciach z góry ale będąc na nim można go nie zauważyć, poza tym zamek i parę kościołów. Zaczęliśmy od trójmostu, targu, potem spacer po Starym Mieście i okazało się, że krążymy w kółko. To jest bardzo małe miasto. Coś jak naszaDSCN9185 Gdynia, czy Częstochowa biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców. Słoweńcy budują swoją tożsamość, mają swoje muzea, ale to wciąż mały i nowy kraj. Po godzinie pobytu wiedzieliśmy, że następnego dnia trzeba gdzieś pojechać poza stolicę. Jedynym ciekawym miejscem w Lublanie okazał się kwartał po dawnych koszarach wojskowych przerobiony na squaty, galerie i muzea, czyli Metelkova mesto. Przypina kopenhaską Christianię i nieco wileńską Republikę Zarzecza. Tutaj jednak część została zagospodarowana pod Muzeum Sztuki Współczesnej i inne nowoczesne budowle, a część wciąż pachnie ziołem.

Co do wyjazdu za miasto padło na Bled. Symbol Słowenii, jezioro z wyspą, która pojawia się w wyszukiwarkach po wpisaniu nazwy Słowenia. I słusznie Bled jest malowniczy. Nie zawiódł nas. Chociaż od Lublany to tylko 50 km to za bilet autobusowy zapłaciliśmy ponad 6 €. Słowenia to bardzo drogi kraj jeżeli chodzi o transport. Nie udało nam się pojechać koleją, bo połączeń jest mało, w dodatku były w niepasujących nam godzinach. Z przykrych spraw dodam, że na miejscu padał deszcze. Wszystko wskazywało na to, że wyjazd się nie uda, ale obeszliśmy cale jezioro w przerwach między opadami i udało się zrobić mnóstwo ciekawych zdjęć. Wyspę najlepiej oglądać ze szczytów okolicznych gór, ale to nie była dobra pogoda na zejście z asfaltowej ścieżki na szlak. W Bledzie jest jeszcze zamek i poza tym niewiele więcej. Znów szukaliśmy restauracji dość długo, a ta do której weszliśmy serwowała kuchnię meksykańską, o lokalnych przysmaków mogliśmy jedynie pomarzyć.

Wróciliśmy do Lublany autobusem Arrivy. Była niedziela więc większość sklepów została już zamknięta. W Słowenii w niedzielę pracuje część supermarketów, ale maksymalnie do 16-17. Później trzeba szukać stacji benzynowej. Wieczorem kupiliśmy bilet do Włoch i następnego dnia wyjechaliśmy do Werony.

DSCN9291Słowenia nie ma zbiera zbyt wiele od bałaganiarskich Włoch, za to przypomina uporządkowaną Austrię. Jest czysta, posegregowana i urządzona jak Austria. Oczywiście Austria ze słowiańską cząstką. Nie taką serbską czy polską, ale tę mniej wojowniczą i spontaniczną czeską, czy słowacką. To właśnie ci Słowianie unikają wojen, a jak się zbliża weekend to znikają z ulic i do poniedziałku nie wiadomo gdzie się podziewają. Dwa lata temu byłem w Wiedniu, trzeci raz w życiu, i po zwiedzaniu paru miejsc stwierdziłem, że jest to strasznie nudne miasto, po godzinie zacząłem się zastanawiać jak żyć. Oczywiście nudne, jeżeli nie ma się konkretnych plantów i nikogo znajomego na miejscu. Drugim takim miastem była Bratysława, a teraz jako trzecie wpisuję Lublanę. Jak wiadomo stolice nie zawsze dobrze reprezentują swój kraj. Jeżeli będziecie w Słowenii omijajcie Lublanę, ale jeździe w góry i nad morze. Na drugi wyjazd do tego kraju zapiszę sobie na pewno wyjście na Triglav. Z ciekawych miejsc jest jeszcze jaskinia Postojna. Ale to na później, w wakacje planujemy wyjazd do Chorwacji. Tam nie martwią się brakiem atrakcji.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *