Izrael, część pierwsza radosna. Ejlat i Morze Martwe.

ovda airportŻeby nie pisać takich długich relacji, których nikt nie czyta, podzieliłem opis Izraela na części. Na początek nasze pierwsze trzy dni w Ejlacie i nad Morzem Martwym, potem przyjdzie czas na Jerozolimę i Tel Awiw. Od czego wszystko się zaczęło? Chyba krakowski smog jest na tyle dokuczliwy, że bez urlopu w środku sezonu smogowego ciężko jest wytrzymać. Także w listopadzie z Martyną zdecydowaliśmy się na tydzień w Izraelu, a towarzyszyli nam w wyjeździe Milena i Kuba. Jak się okazało pod względem smogu wybraliśmy termin idealny, bo w Polsce pobito wtedy rekordy.

W dzień wylotu doświadczyliśmy chyba największej amplitudy temperatur na przestrzeni kilku godzin. Wylatując z Krakowa termometry odnotowały -22 °C, a na lotnisku w Ovdzie, pod Ejlatem było 22 °C. Także cały wyjazd woziliśmy grube kurtki, szaliki i rękawiczki w bagażu. Sam lot był jednym z najdłuższych tanich połączeń w mojej karierze, bo to aż 1600 km i 3h 45 min. Za jedyne 100 zł. No, ale Izrael dopłaca do każdego pasażera przywiezionego zimą, więc linie Ryanair zarobiły więcej.

Ejlat, Morze Martwe: 07/01/2017 09/01/2016 | Ryanair | Hotel |

eilat from seaNa lotnisku spotkaliśmy Milenę i Jakuba. Nasze samoloty miały wylądować prawie w tym samym czasie, ale nasz opóźnił się o godzinę. Na szczęście w tym roku nie ma już problemów z dojazdem z lotniska do Ejlatu w szabas. Czego nie można powiedzieć o Tel Awiwie, ale o tym później. Na pasażerów czekają autobusy 282 firmy Egged za 21,5 szekla. Odjeżdżają nie wg rozkładu, ale po napełnieniu się. Duży plus tego połączenia jest taki, że jeżeli mieszkamy w dzielnicy hotelowej we wschodniej części miasta, to możemy dojechać prawie pod same drzwi hotelu. Autobus nie kończy trasy na dworcu autobusowym, ale objeżdża większość hoteli krążąc po mieście. Poza tym warto nie spać podczas przejazdu, bo mamy okazję podziwiać granicę z Egiptem. Czasem przejeżdżamy od kraju Faraonów o rzut beretem. Z pewnym zdumieniem patrzę na to, jak można zainwestować w wysoki płot z kilkoma rzędami drutu kolczastego oddzielającego wyłącznie egipski piasek od izraelskiego piasku. Ale przecież o historii wojen arabsko-izraelskich nie trzeba nikomu przypominać. Większość mieszkańców chyba akceptuje ten stan, skoro jeszcze nie uciekła gdzie pieprz rośnie.

Ejlat, kurort nad Morzem Czerwonym

eilat beach priceWracając jednak do meritum, czyli Ejlatu, to jest to chyba jedyny izraelski kurort z prawdziwego zdarzenia. Monstrualne hotele, automaty do gry, lunaparki, czyli słowem cały ten typowy kicz. Ale w tym kiczu nasz hotel prezentował się bardzo zacnie. Jeżeli bylibyście zimą w Ejlacie to nie szukajcie kwater, hosteli czy namiotów. Wiele tzw. resortów ma w tym czasie niskie obłożenie, więc wynajmują pokoje za pół ceny na bookingu czy w innych serwisach. Nasz dwudniowy nocleg dla czterech osób wyniósł ok. 560 zł, czyli dziennie 70 zł za osobę. To cena jak za darmo, zważywszy że spaliśmy w pokoju z kuchnią, a do dyspozycji mieliśmy basen i pokój gier w PlayStation i Xboxa. W zasadzie basen może być powodem niższych cen – poza mną i Martyną nikt nie odważył się kąpać. Chociaż podejrzewam, ze woda była cieplejsza niż latem nad Bałtykiem. Prawdę mówiąc to Martyna zeszła powoli do wody, mi to nigdy nie wychodzi, więc skoczyłem wprost do basenu. Tak, reakcja mogła być tylko jedna – jak najszybsze opuszczenie tego roztopionego lodowiska, bo powietrze było dużo cieplejsze od wody. Dodam tylko, że na koniec odwiedziliśmy Budapeszt, gdzie pływałem na otwartym basenie przy minusowej temperaturze. Tam z kolei ciężko było wyjść z wody.

ejlat

Ejlat dla Izraela to miasto strategiczne. Mając port nad morzem Oceanu Indyjskiego można uniknąć korzystania z Kanału Sueskiego czy opływania Afryki. O Kanał Sueski toczyła się z Egiptem wojna, a izraelskie statki miały zakaz przepływania nim. Zresztą Egipt próbował blokować też statki na Morzu Czerwonym, ale to było dawno. Ejlat jest strefą bez podatku VAT, co wcale nie znaczy, że ceny są niższe o ten podatek. Ceny mogą być wręcz wyższe niż w innych częściach kraju, bo zawsze można to wytłumaczyć kosztami dostaw do ta odległego od centrum kraju miasta.

eilat airport old planeWieczorem zrobiliśmy szybkie rozeznanie miasta. Co jest jego największą atrakcją? Według mnie lotnisko w centrum (nie to na którym ląduje Ryanair, ale takie lokalne z samolotami do Tel Awiwu i Hajfy) oraz widok na flagę w jordańskiej Akabie. Lotnisko ma swoją ciekawą historię. Na początku, zanim powstały porządne drogi, było ważne dla łączności z resztą kraju. Ale choć pas ma bardzo krótki, to kiedyś lądowały tutaj samoloty nawet z Europy. Po 1994 r. był nawet pomysł jego zamknięcia i przeniesienia ruchu do Akaby pod wspólną nazwą Akaba-Ejlat Międzynarodowy Port Lotniczy Pokoju. Nic z tego nie wyszło, a dziś Izrael kończy budowę własnego dużego portu lotniczego Ramon, do którego w tym roku zostanie przeniesiony ruch z lotnisk Ovda i Ejlat. Tym samym historia czasami ostrzeliwanego, widokowego miejskiego portu z terminalem wielkości dworca w Myślenicach dobiegnie końca. Co do wielkiej flagi w Akabie to powiewa ona na szóstym najwyższym maszcie flagowym na świecie, a swego czasu zapoczątkowała modę na tego typu konstrukcję. Zbudowano ją w 2004 r. i była jedną z najwyższych tego typu konstrukcji na świecie, ustępując pola Korei Północnej. W ciągu tych 13 lat Jordańczyków wyprzedzili jednak Azerowie, Turkmeni, Saudyjczycy i przedstawiciele innych megalomańskich nacji. Co ciekawe na maszcie nie powiewa jordańska flaga, ale flaga arabskiej rewolty.

eilat cityW Ejlacie nie ma Starego Miasta, w końcu nie istnieje zbyt długo. Jedynie plaże są tutaj warte uwagi, bo Morze Czerwone, w przeciwieństwie do basenu w naszym hotelu Isrotel Riviera Club, było ciepłe. Jedyny pełny dzień w Ejlacie spędziliśmy na pierwszej lepszej plaży w dzielnicy hotelowej, dość brzydkiej, pełnej leżaków. Po chwili w wodzie zrobiło nam się ciepło, więc mogliśmy popływać dłużej. Od razu dodam, że jest to pierwsze morze odwiedzone w Izraelu, oraz pierwsze morze Oceanu Indyjskiego, w którym się zanurzyliśmy. I właśnie wpadłem na pomyśl, że teraz oprócz zaliczenia wszystkich krajów świata, powinienem zaliczyć wszystkie morza…

Po kąpieli poszliśmy wgłąb miasta. Niestety to tylko osiedla mieszkaniowe. Są bloki, sklepy i z rzadka restauracje. W częście mieszkaniowej jest też dworzec Eggedu, w którym kupiliśmy bilety na przejazd następnego dnia nad Morze Martwe do Neve Zohar. Wieczorem wypiliśmy wino na brzegu morza. I tutaj dodam, że jest to nielegalne. Martyna zapytała w recepcji czy można pić wino w miejscach publicznych, na co pani z obsługi zawołała ochroniarza i kelnera. Ochroniarz powiedział, że nie można i dał nam nieprzeźroczystą reklamówkę na butelkę, a kelner przekazał nam korkociąg (to bardzo ważny korkociąg, który będzie jeszcze opisany w dalszych relacjach). Tak się załatwia sprawy w Izraelu.

Przez te dwa dni w Ejlacie żywiliśmy się falafelami, shoarmami i kebabami w cenie od 20 zł w górę. Od razu dodam, że najtańszy falafel w picie, za 15 szekli to jest bardziej przekąska niż obiad. Ja gustowałem w mięsie, Martyna oczywiście w wegetariańskim falafelu. Oboje się najadaliśmy. Do potraw można sobie dobrać przekąski, czyli meze: marynowane papryczki, kapustę i ogórki. Natomiast średnia cena za takie potrawy na talerzu, nie w picie, to ok. 35 szekli.

falafelEjlat jest drogim miastem, jak cały Izrael. Można tu kupić chleb za 15 szekli, piwo od 12 szekli, a wino od ok. 20 szekli. Te ceny w przeliczeniu na polskie warunki są kosmiczne. Jednak warto poznać pewną zasadę – przeważnie kupując więcej płaci się mniej. Ile kosztuje woda? Butelka 1,5 l jakieś 5 szekli, ale 6 butelek 1,5 l kosztuje już 11 szekli. Tak, to jest absurd. Na kolację i śniadania jedliśmy przepysznych humus. Humusu Ci tam pod dostatkiem i kosztuje od 15 szekli w górę. Pamiętajcie jednak, że o ile pierwszego dnia zjecie nawet sześć kromek z humusem, to po tygodniu na samą myśl o tym mazidle robi się niedobrze. Poruszanie się po Ejlacie w inny sposób niż pieszo nie jest konieczne, bo prawie wszędzie jest blisko. Nawet na miejskie lotnisko da się dojść w klapkach z plaży. Natomiast mimo bliskości Egiptu i Jordanii wcale nie jest łatwe przekroczenie granicy, a przede wszystkim nie jest bezpłatne, bo już samych opłat przy przejściu do Akaby wychodzi koło 100 zł. Nie zdecydowaliśmy się na przejazd do Jordanii, bo miejsc do zobaczenia w Izraelu mieliśmy pod dostatkiem. Jeżeli w przyszłych latach utrzymają się tak tanie loty do Ejlatu, to może spróbujemy jeszcze tu wrócić i zobaczyć Petrę.

Morze Martwe, czyli „dedsi”

dead seaW pół godziny od skupiska hoteli dojdziemy spacerkiem do dworca Eggedu. Byłoby szybciej gdyby nie to lotnisko przez środek miasta. Mamy już bilety, więc czekamy na dworcu przypominającym te nasze, stare pekaesowe baraki. Podobno w Izraelu terroryści atakują głównie żołnierzy, więc warto się trzymać od nich z daleka. Ale akurat sami się napataczają wszędzie. W naszym autobusie jest ich dwóch, czy trzech. Jeden z karabinem. Pewnie wraca do jednostki ze słoikami od mamy. Kierowca po okazaniu biletów do Neve Zohar (z których nic nie rozumieliśmy, bo wszystko było po hebrajsku) pytał się z uśmiechem „Dedsi?”. Odpowiedzieliśmy, że niestety nie rozumiemy i poprosiliśmy by kierowca mówił po angielsku. Kierowca powtórzył „Dedsi”. Tak, tak było nam głupio, a ja chyba nie piłem kawy. Jedziemy jakieś 2,5 h mijając nowo budowany port lotniczy Ramon i robiąc jeden postój na stacji benzynowej. Wątpię, żeby kierowca czuł się urażony naszym niezrozumieniem jego angielskiego, ale poproszony o zatrzymanie się w Neve Zohar zatrzymał się przystanek dalej… Doszło nam jakieś pół kilometra spaceru więcej.

Neve Zohar to mała (bardzo mała, bo mieszka tam ok. 70 osób) wioska w największej depresji świata, czyli najniżej położona wioska na Ziemi. Słowo depresja nie odnosi się tylko do położenia w stosunku do poziomu morza, ale raczej do stanu zagospodarowania terenu. Warunki są tak nieprzychylne, że są tu głównie wielkie hotele, a zabudowy mieszkaniowej prawie nie ma. Oprócz Neve Zohar, będącej nawet siedzibą samorządu regionu Tamar, jest kilka kibuców i skupisk hoteli. Jak bardzo brakuje tutaj infrastruktury, niech odda fakt, że między hotelami, a częścią mieszkalną nie ma porządnego dojścia, chociaż jest to tylko kilometr. Właściciel naszego pensjonaciku chciał nas podwieźć ten kawałek za 50 szekli…

dead seaMorze Martwe to absolutny numer jeden podczas tego wyjazdu i jedna z najciekawszych atrakcji jakie widziałem w ogóle. Po zdjęciach trudno zrozumieć o co chodzi. Samo miejsce wygląda jak po klęsce ekologicznej, bo w sumie 26% zawartości soli jest klęską dla wszelkiego życia. Woda w styczniu też nie jest jakoś ciepła, ale da się wytrzymać. Do wody wchodzi się jednak ciężko, bo plaża nie jest ani piaszczysta, ani kamienista. Jest solna. Skórę na bryle solnej łatwo rozciąć, a wtedy od razu ranę zalejemy sobie słoną wodą, co pewnie nie jest przyjemne. Natomiast zdecydowanie najprzyjemniejszym momentem jest położenie się na wodzie. Powoli dociera do nas, że tutaj można położyć się plackiem i ciągle jest się w sporej części nad taflą wody, bo przecież w słodkiej wodzie też się da unosić, ale nie aż tak łatwo. Zrobiliśmy zdjęcia udając, że czytamy książki (ja, Martyna). Będąc w wodzie nie czuje się tej słoności na skórze, lecz po minucie od wyjścia z wody pokrywa nas cienka warstwa soli. Po paru minutach skóra tak piecze, że trzeba się opłukać słodką wodą. Na szczęście kąpaliśmy się na plaży hotelowej z prysznicami, ale kąpiel na dziko z dala od słodkiej wody musi być bardzo nieprzyjemna, zwłaszcza gdy za późno uświadomimy sobie brak prysznica w pobliżu. Niespłukane fragmenty ciała swędziały mnie przez następną godzinę. Wiem, że Morze Martwe to jezioro, ale niech będzie, że to nasze morze nr 2 w Izraelu.

Jak już pisałem Morze Martwe to największa depresja na Ziemi, teraz to ok. 430 metrów pod poziomem morza. Na tej wysokości nie ma też za bardzo co zjeść. Zaopatrzyliśmy się w suchą karmę jeszcze w Ejlacie, ale chcieliśmy spróbować czegoś na ciepło. Nie mogliśmy uwierzyć, że ogromny hotel może nie mieć restauracji. Może to wina faktu, że obsługa mówiła tylko po rosyjsku i nie potrafiła nam wskazać odpowiedniego miejsca, ale obeszliśmy dwa poziomy i poza jednym barem nie było żadnej gastronomii. Na szczęście w drugim, oddalonym o kilkaset metrów obiekcie była już restauracja, w której zamówiliśmy pizzę. Jedną z czterech opcji dostępnych w menu.

neve zoharMorze Martwe, w części w której byliśmy, jest przedzielone groblami. Jest płytsze od północnej większej części, ale może też bardziej słone. Chociaż nazwa pochodzi od braku jakiejkolwiek formy życia w wodach jeziora, to równie dobrze mogłoby wziąć nazwę od martwych leżaków i krzesełek plażowych. Wybraliśmy się na spacer groblą, którą teoretycznie dałoby się przejść do Jordanii. Nawet kilkaset metrów wgłąb leżały w połowie obrośnięte solą krzesła, leżaki i inne plastiki porwane z plaży.

Tak minął trzeci dzień pobytu. Nocą ciężko było zasnąć, bo nad nami latały z hukiem myśliwce. Rano wstaliśmy wypoczęci i z nevezoharskiego przystanku autobusowego, w pobliżu siedziby władz, odjechaliśmy do Masady. O tym później.

Może Ci się również spodoba

3 komentarze

  1. Michał J. napisał(a):

    Super!
    Wizyta w największej depresji świata to z geograficznego punktu widzenia musi być bardzo doniosłe przeżycie! 🙂 I jak doczytałem później na en.wiki Morze Martwe jest miejscem rzeczywistej katastrofy ekologicznej, bo w ciągu ostatnich 25 lat jego poziom spadł o ok. 24m! (a od 1930r. – o 40m) Trzeba się zatem spieszyć, żeby go zobaczyć…

    Śledzę Twoje podróże na sumiennie, więc jeśli się mylę to mnie popraw, ale Eilat był też najdalej wysuniętym miejscem na południe w którym byłeś! 😀

    • Piotr napisał(a):

      Tak! Zaznaczyłem go nawet na zielono w http://www.blizejdalej.pl/gdzie-byem.html. Chociaż rok temu szykowałem się do podróży w miejsce prawie nie do pobicia, ale jak pewnie wiesz nie udało się dojechać na Ziemię Ognistą.

      Co do Morza Martwego, to pogłębianie się depresji sprawia, że brzeg jest coraz dalej, wody coraz mniej a soli coraz więcej. Za parę lat może wrócimy i nie poznamy miejsca, w którym byliśmy. 🙂

  2. Kamila napisał(a):

    Musimy kiedyś zapolować na Izrael, na jakiś niedługi wypad. Bardzo fajna relacja 🙂 Ciekawe czy tak jak kilka lat temu, pieczątki ZEA mogą być problemem przy wjeździe do kraju, czy nawet na to nie patrzą ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *