Rysy — czy jest się czego obawiać?

Tatry, Słowacja i Polska | Podróż 78, Wpis 100


Pewnie każdy z lekcji geografii wie, ze najwyższy punkt Polski to Rysy 2499 m n.p.m. Ale nie każdy na Rysach był. Sam przymierzałem się do wejścia na szczyt już jakieś kilkanaście lat temu, gdy w Tatry jeździłem kilka razy w roku. Nic z tego jednak nie wyszło, a potem na parę lat góry zniknęły z mojego życia. Na nowo pasja do gór zaczęła wracać od momentu wyjścia w 2018 r. na Ben Nevis, najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii. Od tego czasu w górach bywam już częściej, a w tym roku z racji pandemii i ograniczeń w podróżowania można powiedzieć, że nawet bardzo często. Na początku czerwca pojechałem na jeden dzień w Tatry, wyszedłem z Doliny Kościelskiej na Kopę Kondracką 2005 m n.p.m. i narodził się plan. To jest dobry rok, żeby w końcu wyjść na Rysy.

Już miesiąc później wziąłem urlop i planowałem wyjazdy w Tatry. Pozostał mi tylko wybór drogi. Pierwszy pomysł to trasa przez Morskie Oko w obie strony i całość zaliczona w jeden dzień. Jednak zajęłoby to ponad dwanaście godzin. W czerwcu jest to do zrealizowania za dnia, jednak pewnie musiałbym się zdecydować na nocleg w Zakopanem. A Zakopane to miasto, które unikam za wszelką cenę i nie chciałbym tam nocować. Zacząłem sprawdzać opcję wyjścia od strony Słowacji i tu spore zaskoczenie. Do Starego Smokowca, części miasta Wysokie Tatry, można dojechać z Krakowa dwa razy dziennie autobusem w ok. 2 godz. 40 min. To ledwie pół godziny dłużej niż do Zakopanego. Natomiast na bookingu, zarezerwowałem nocleg w samym sercu Tatr, w schronisku nad Jeziorem Popradzkim. Cena ok. 95 zł za łóżko ze śniadaniem. Plusem tej trasy miał być też brak marnowania czasu na asfaltową drogę do Morskiego Oka, a w dodatku podejście jest tu łagodniejsze niż od strony polskiej. Wybrałem więc wariant wyjścia ze słowackiej strony, a zejścia do polskiej.

Dzień pierwszy, łagodny

Wyjechałem wiec o 11:30 autobusem z Krakowa w stronę Budapesztu i tuż po 14 znalazłem się w sercu małego górskiego miasteczka, Starego Smokowca. Bardziej przypominającego jakąś Austrię, niż to co znam z Podhala. Bez szpetnych szyldów, tandetnej architektury i byle jakich bud z jedzeniem. Miasteczko jest tak kameralne, że mając kilkadziesiąt minut do odjazdu pociągu mogłem sporo zwiedzić. W centrum Starego Smokowca znajduje się pomnik tzw. wielkiej katastrofy (Veľká kalamita), czyli wiatrołomu z 2004 r. Podczas trzech godzin 19 listopada 2004 r. zniszczonych zostało 12 tys. ha lasu, czyli 25% powierzchni słowackiej części tatrzańskiego parku narodowego. Do dziś w wielu miejscach widać połacie młodego lasu, który będzie potrzebował jeszcze wielu lat by osiągnąć stan sprzed 16 lat. A jak bardzo kameralny jest Stary Smokowiec? Tak, że obok pomnika sarna zajadała się liśćmi, zupełnie nie przejmując się pobliską drogą, restauracją i przechodzącymi ludźmi.

Stary Smokowiec to stacja przesiadkowa Tatrzańskiej Kolei Elektrycznej. W równym takcie przyjeżdżają tu pociągi z Popradu, z Tatrzańskiej Łomnicy i Szczyrbskiego Jeziora. Po kilku minutach pociągi udają się w dalszą trasę. Moja trasa prowadziła do Szczyrbskiego Jeziora właśnie. Bilet kosztował 1,5€, a czas przejazdu to około 40 min. Jakże to inny był komfort podróżowania, niż zdezelowane busy po polskiej stronie Tatr. W Szczyrbskim Jeziorze jest jeszcze jedna odnoga i możliwość przesiadki na kolej zębatą do Szczyrby. I tu smutna ciekawostka. Byłem tam 2 lipca, a kolej zębata została zamknięta na czas remontu zaledwie 6 lipca. Po remoncie znikną stare, półwieczne składy. I wyobraźcie sobie, jak ja teraz żałuję, że o tym wówczas nie wiedziałem, bo przecież miałem czas i mogłem skorzystać z przejazdu.

elektricka

Stary wagonik kolejki zębatej

W miasteczku Szczyrbskie Jezioro zjadłem tylko szybki obiad i ruszyłem w stronę schroniska. Od początku szlaku, tuż za miastem, do schroniska szedłem jakąś godzinę z kilkoma minutami. Taki czas podają też drogowskazy, ale może się on wydłużyć bo szlak jest niezwykle malowniczy. Przez sporą część mamy widok na Mięguszowiecką Dolinę i rodzącą się w niej, z dwóch górskich potoków, rzekę Poprad. Kształt doliny pozwala tez łatwo wyobrazić sobie istniejący tu kiedyś lodowiec. Świetnie nadaje się więc na lekcje geografii w plenerze.

Szlak między Szczyrbskim i Popradzkim Jeziorem

Dotarłem nieśpiesznie do schroniska, gdzie czekało na mnie łózko w pokoju dziesięcioosobowym. Nie przepadam za takimi pokojami, ale w górach często nie ma innego wyjścia. Wieczorem siedząc na jeziorem sączyłem ciemne słowackie piwo i zajadałem się kiełbasą z papryczkami myśląc o tym czy pogoda następnego dnia dopisze. Prognoza, która wcześniej na całe dwa dni zapowiadała burze, teraz zrobiła się bardziej optymistyczna. Do 11:00 miało być spokojnie.

Dzień drugi, nie taki ciężki

Ta doba nie zaczęła się najlepiej. Około drugiej obudziły mnie wrzaski kilku gości, którzy najwyraźniej nie zauważyli obecności kilkudziesięciu innych osób w schronisku. Na szczęście szybko zostali spacyfikowani, pewnie przez obsługę hotelu i mogłem skorzystać jeszcze z kilku godzin snu. Tuż po szóstej zjadłem śniadanie, wypiłem dwie kawy i po sprawdzeniu prognozy wyruszyłem na szlak. Czekało na mnie 3 godz. 15 minut wędrówki na szczyt.

Przez pierwszą godzinę szedłem zupełnie sam przez leśną ścieżkę. Dopiero na rozwidleniu szlaków w stronę Rysów i Koprowego Wierchu zaczęło się robić bardziej skalnie, stromo, ale wciąż łatwo. Po drodze mijałem przepiękne Żabi Staw, gdzie spotkałem pierwszy turystów wracających z góry, prawdopodobnie spędzili noc w Chacie pod Rysami. Tuż nad stawem zaczęły się drabiny i łańcuchy, ale po kilkudziesięciu metrach wrócił wygodny szlak z ułożonych głazów. Taką drogę pokonuje się aż do Chaty pod Rysami, czyli schroniska na wysokości 2250 m n.p.m. Przyznam, że robi ono niesamowite wrażenie, a zwłaszcza sposób jego zaopatrzenia. Wszystko jest bowiem wynoszone na plecach, a drewniane nosidła czekają na chętnych na początku szlaku tuż przy schronisku, w którym nocowałem. Można było zabrać keg piwa, albo zgrzewkę wody. Widząc to poświęcenie nie mogłem tutaj nic nie kupić, skusiłem się na Kofolę i magnes na lodówkę.

Żabi Staw

Na około 2 200 m n.p.m. mijam przystanek autobusowy. Niestety rozkładu jazdy brak

Już tylko chwila

W Chacie można zapytać też o pogodę, a właśnie zapowiadało się na burzę, bo od kilku minut widoczność spadła do kilkunastu metrów. Jednak było przede mną jakieś 45 minut do szczytu. Chwilę poczekałem, spotkałem też parę Polaków która również zastanawiali się czy iść dalej. Chmura mocno się rozrzedziła i znów było widać słońce. Ruszyłem więc na szczyt, spotkana para również zdecydowała się na wyjście. Teraz już nie było prostej ścieżki, ale śnieg i skały.

Nie wiem czy ktoś na tym rowerze przyjechał, czy tylko go wniósł. Chata pod Rysami na wysokości 2 250 m n.p.m.

Po czterdziestu minutach, niespodziewanie znalazłem się na szycie. Dlaczego niespodziewanie? Bo na samej górze była tylko trójka Polaków i słupek graniczny, a powracająca chmura skutecznie ograniczała widoczność. Musiałem więc się upewnić, czy to na pewno tutaj. Po chwili zauważyłem też tabliczkę z nazwą szczytu i wysokością, więc nie miałem już wątpliwości, że jestem w najwyższym punkcie Polski, Poprosiłem o zrobienie zdjęcia i widząc, że pogoda znów się pogarsza zacząłem schodzić na polską stronę. Widząc te zdjęcia tłumów na Rysach, muszę przyznać, że miałem szczęście być tu prawie sam i poczuć ten majestat gór.

Co ciekawe zejście polską stroną zmęczyło mnie bardziej niż podejście od słowackiej. Przez kilkadziesiąt minut schodziłem trzymając się prawi bez przerwy łańcuchów. Gdy te się skończyły i zaczęło się wypłaszczać to również nawierzchnia z litej skały zamieniła się na rozmiękły miał, który osuwał się pod każdym krokiem. Chwilę dalej przejście prowadziło przez śnieg, a gdzieś w połowie trasy, na Buli pod Rysami, zgubiłem szlak, bo kolejne oznaczenia były przykryte śniegiem. Ten śnieg, był chyba najgorszym miejscem na całej trasie. Przejście przez żleb Rysów widząc po prawej stronie  nieprzerwany spadek aż do Czarnego Stawu. Jednak po śladach poprzedników udało się przejść bezpiecznie i czekała mnie już tylko spokojna droga w dół. Im byłem niżej tym spotykałem więcej osób idących w górę. Osoby bliżej szczytu były bardziej ciekawe warunków na górze i na serio brały możliwość wystąpienia burzy. Ci niżej pytali głównie, czy daleko jeszcze. Niektórzy raczej nie mieli szans wyjść i wrócić przed zmierzchem.

Dalsza część drogi jest pewnie wszystkim znana. Od Czarnego Stawu zaczyna się prawdziwy tłum. Byliśmy kiedyś z Martyną nad stawem w zimie i można było spotkać tylko kilka osób, teraz to wyglądało jak plaża w Mielnie. Uciekłem szybko do schroniska nad Morskim Okiem, gdzie planowałem zjeść obiad. Jednak widząc kolejkę na kilkadziesiąt osób, postanowiłem szybciej zejść w dół i wrócić do Krakowa. Droga z Morskiego Oka do Palenicy zajęła mi niecałe półtorej godziny. Następnie dwadzieścia minut spędziłem w oczekiwaniu na nieszczęsnego busa, który potem wlókł się po mieście, bo obowiązuje tam jakaś dziwna zasada płacenia przy wysiadania (tak jak pisałem wcześniej, nie cierpię Zakopanego). Udało mi się na styk dobiec na odjazd autobusu do Krakowa i po 18 byłem już w Krakowie.

Czy Rysy są trudne?

Widząc schodzące ze szczytu dzieciaki można sobie zadać pytanie, czy szlak na Rysy jest trudny. Na pewno przyda się tutaj doświadczenie w górach i dobry plan. Jeżeli ktoś nie lubi łańcuchów i stromych podejść to polecam wejście od strony słowackiej. Natomiast najważniejsze to sprawdzać prognozę pogody. Na dzień, w którym miałem zaplanowane wyjście od kilku dni zapowiadano burze, więc do samego końca nie wiedziałem czy wejdę, albo czy w ogóle wyruszę w górę. Miałem nawet w planie alternatywną wycieczkę i powrót do Krakowa ze Słowacji. Jednak w górach pogoda jest zmienna i udało się.

Oceny

  • Rysy 4****

| W Tatrach byłem w dniach 2-3 lipca 2020 r.

| Więcej zdjęć z tej podróży na Google Zdjęcia

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *